Autor Wątek: Planarne Okruchy  (Przeczytany 5026 razy)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Planarne Okruchy
« dnia: 6 sty 2014, 03:37:38 »
(img)

Poniższy twór to efekt sesji RPG; postanowiłem to tu opublikować, bo jest tu od groma gier słownych, gibberishów i tak dalej. Jeśli jakieś słowa/slang będzie niezrozumiały, warto zajrzeć tutaj.

(img)

Był przeciwszczyt, a ciemność spowijała wszystko wokół, zasłaniając sekret przed oczyma. O ile na zewnątrz mieniła się jeszcze niebieskawo-purpurowa fluorescencja nieba, o tyle wewnątrz było niemalże czarno. Nie miało to jednak trwać długo; ciężkie kroki stawiane na drewnianych stopniach schodów sugerowały, iż za drzwiami znajdowały się przynajmniej dwie osoby, chociaż jedna z nich mogła być konstruktem, ponieważ przy ruchu tej drugiej słychać było aż nad wyraz wyraźne kliknięcia, pracujące zębatki, skrzypiące elementy oraz metaliczny posłuch niosący się z każdym stąpnięciem, istna chodząca fabryka. Ktoś zakaszlał, ktoś inny zapukał w jakiś żelazny obiekt, a po chwili klamka, zimna i stara zaś wciąż cała, niemalże wypadająca z uchwytu, została przyciśnięta z donośnym zgrzytem.

Drzwi rozwarły się, wpuszczając do pokoju nieco światła z korytarza, w którym paliły się pochodnie. W przejściu stały dwie istoty, pierwszą z nich był stary czarodziej. Siwy, z długimi włosami, zarówno tymi na czaszce jak i brodzie; jego matowa skóra była nudnie przeciętna, tak samo jak zarysy jego twarzy i proste, brązowe oczy, ni to wielkie ni to skośne, po prostu zwykłe, jak u typowego człowieka. Ale człowiekiem on zdecydowanie nie był, uszy co prawda szpiczaste nie były, ale w jego spojrzeniu tkwiła jakaś niebywała godność, którą podkreślały pewne srebrne kosmyki włosów, ot, aasimar jak się maluje. Przywdziewał się on w niebieskawo-białe szaty, zdecydowanie drogie i gustowne, choć bez jakichkolwiek oznak tego, kto mógł je zrobić. Całości dopełniał wysoce nieoryginalny, niemalże banalny kapelusz czarodziejski, który opadał i wyginał się na boki.

Drugą istotą, która stała nieco z tyłu, był modron, z Mechanusa, kwadron konkretniej. Modron jak to modron, wyglądał jak wielkie, żółtawe, metalowe pudło z dwoma, naszprycowanymi śrubkami li zębatkami rękami oraz parą złożonych skrzydeł. Zielonkawa twarz z beznamiętnym, choć być może trochę głupim, wyrazem gapiła się przed siebie, nawet jeśli rękaw szaty czarodzieja zasłaniał jej widok jednego oka.

 - +++Pytanie: Czy Obiekt „Mistrz” Wykazuje Oznaki Parametru „Satysfakcja” Wobec Pomieszczenia, Które Zostało Właśnie Otwarte?+++ - Zapytał modron, jego głos był dość wysoki, mówiony niemalże na jednym tonie i bez jakiegokolwiek wyrazu, nie mówiąc już o nutce melodii li emocji w słowach przezeń wypowiadanych.

 - Tak, to miejsce będzie w sam raz. – Odparł czarodziej. – Przygotuj wszystko należycie.

Modron, bez słowa sprzeciwu natychmiast rzucił się do roboty, co było niezwykle wręcz dziwne, aboim modrony były sługami niczego innego niż innych modronów, ot, skutkiem jakiegoś czaru, zaklęcia li uroku sprawił mag, iż śrubka Mechanusa jego wiernym sługą tudzież pomocnikiem się stała, choć być może i sam go skonstruował. Świeczki, które wcześniej były niewidoczne, chociaż stały na wszędobylskich półkach tudzież stołach, zostały bardzo sprawnie zapalone ręką konstruktu. Pomieszczenie rozjaśniło się poniekąd, mając li to ono tylko jedno, zasłonięte czarnymi firanami okno, mnóstwo regałów z książkami bądź śpiącymi mimirami, a w kącie stał gdzieś zdobiony kandelabr, który, tak jak i wszystko inne, za chwilę rozjaśnił się już w wyraźnym świetle świec. Modron oczyścił jeszcze stojący przy ścianie stół z leżących nań rupieci, jakkolwiek starych i zniszczonych, odkładając je ostrożnie do małego, drewnianego kufra gdzieś z boku. Sprzątnął on jeszcze blat szmatką kurze zeń ścierając, przysunął tam fotel, który to uprzednio na drugim końcu komnaty stał i ostatecznie sięgnął do kieszeni, tej między pudłem stanowiącym jego ciało oraz skrzydłami. Wyciągnął on wielką, oprawioną skórą jakiegoś nieznanego zwierzęcia księgę i położył ją na biurku, z gracją i należną ostrożnością, jak mu Mistrz przykazał uprzednio. Potem tuż obok postawił także dwa, wypełnione po brzegi kałamarze wraz z zestawem prawdziwych piór ze stosinami o najróżniejszych kształtach. Modron zazgrzytał kilkukrotnie, coś wewnątrz zaburczało a coś innego ostro świsnęło, a on sam skierował spojrzenie na czarodzieja, który obserwował tak jego poczynania już od dobrych paru minut.

 - +++Stwierdzenie: Prace Przygotowawcze Do Stanowiska Pracy Nad Obiektem Określanym Jako „Największe Dzieło Literackie Mistrza Kiedykolwiek Popełnione” Zostały Ukończone.+++

Czarodziej usiadł na fotelu, który natychmiast został przesunięty wraz z nim do jak najdogodniejszej pozycji, bowiem modron uznał, iż byłoby to najstosowniejsze zachowanie w sytuacji takiej jak ta. Aasimar rozprostował się nieco, odchrząknął i otworzył księgę delikatnie, omijając pierwszą pustą kartkę i przechodząc od razu do tej drugiej. Wziął do ręki pióro, najwyczajniejsze, gęsie, dobre jak na początek, zanurzył je w kałamarzu ocierając końcówką o krawędzi buteleczki tak, by atrament nie ściekał, a następnie przesunął rękę ku papierowi. Na początku zawahał się, nie był pewny jak winien zacząć, ale w końcu wybrał język, który był najbardziej rozpowszechniony w Wieloświecie, to jest wspólny handlowy, a ostatecznie rozpoczął książkę, stawiając na górze kaligrafowanymi literami donośny tytuł:

(img)
« Ostatnia zmiana: 6 sty 2014, 03:43:38 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #1 dnia: 6 sty 2014, 03:38:09 »
· Przedpowieść ·

Zimno i ponuro, wokół roznosił się tylko nieprzyjemnie ostry, uderzający dosadnie w nozdrza zapach, czy może raczej smród, jaki wydzielały wszystkie paleniska wokół. Ogniska paliły się co prawda gdzie tylko nie spojrzał, ale nie dawało to choćby odrobiny ciepła, jakiegoś komfortu, pocieszenia, nic, po prostu przypominały tylko o tym jak lodowato tutaj było. Rozłożone były one wzdłuż zielonych murów, rozwidlających się to tu to tam, nachodzących na siebie wzajemnie, idących do przodu, w tył, w lewo i prawo, w górę i w dół. Błąkał się oto githyanki, zaskoczony swą własną głupotą, po jednym z osławionych labiryntów. Nie było mu dane dojść do owego faktu już na początku, o nie, umysł miał spowity mrokiem i w korytarzach, które błyskały światłem ognia widział jedynie wzrokowe migawki, gdy płomienie uginały się pod silnym wiatrem, który jakimś cudem biegł wszędzie gdzie się tylko nie pojawił. Próbował iść wraz z drogą powietrza, potem przeciwko niej, próbując trafić do wyjścia, ale trafiał tylko i wyłącznie na swoje własne ślady, zatarte czy nie, wciąż wydające mu się w jakimś stopniu obce i nieswoje.

Od czasu do czasu słyszał gdzieś w oddali dźwięk jakiegoś pisku, czasem zgrzytu li też płynącej cieczy, ale za każdym razem było to coś innego, czego na początku nie rozpoznawał, a już na pewno nie był w stanie określić skąd owe dźwięki pochodzą, obijały się tylko echem po wszelkich ścianach. Czasami, spoglądając za siebie, wydawało mu się, iż widział w oddali kontury, zarysy jakiejś postaci przemykającej się między przejściami i łukami, abowiem nie było tutaj sufitu, ale choćby nawet podążając za niewyraźnymi kształtami istoty go prześladującej nie potrafił znaleźć nic prócz nowych dróg i rozwidleń. Nad nim znajdowała się jedynie czerń, chociaż te ścieżki, które prowadziły w górę były mu widoczne znacznie wcześniej, gdy znajdował się blisko nich, niestety widział tylko te wyższe poziomy, ogólne spojrzenie na całe to miejsce przysłaniały mu wszędobylskie ściany o kolorze, jaki dławił go już po stukroć.

Kolejny zimny powiew, tym razem zawinął wokół siebie szarfy i liny jakie zwisały z jego starożytnej szaty, zapiął ostatni guzik przy kołnierzu i rzucił się w kierunku jednego z palenisk przy ścianie. Starał się jak mógł, ale to i tak nic nie dawało, ogień był zimny niby śnieg, a języki płomieni ustępowały jego rękom, nie dając się dotknąć. Raz po raz wydawało mu się, iż widział mimo wszystko w żarze odbicie tudzież iluzję jakiegoś stworzenia, ale było tutaj po prostu aż nazbyt zimno; na jego rzęsach zaczęły się utwarzać małe sople lodu, a głowa, niczym nieskryta i pokryta żółtawo-brązowymi cętkami, porastała tylko szronem.

Znów jakiś dźwięk, tym razem pisk, mógłby przysiąc iż przybiegający ze szlaku za jego plecami, ale po odwróceniu się nie zobaczył nic prócz kolejnych murów i świateł. Widział jak z jego ust wypływają obłoki pary, rąk także już niemal nie czuł, nie mówiąc już o gołych stopach, które to wciąż nieubłaganie stąpały po mrożącej podłodzie. Spojrzał w lewo, znów dostrzegając jakąś istotę chowającą się za rogiem. Powstał i popędził w drugą stronę, skręcił za zaułkiem a następnie pobiegł do góry, po stromych schodach. Coraz bardziej wydawało mu się, iż poziomy labiryntu były coraz to mniejszymi li większymi okręgami, tworząc w trójwymiarze olbrzymią figurę przypominającą kulę, wyrzeźbioną z korytarzy unoszących się w czarnej, bezdennej pustce. Ale stąd nie było wyjścia, był zarówno na najniższym poziomie jak i na najwyższym, krawędzi bryły, zawsze ogrodzone grubą, solidną ścianą nie pozwalały się przedostać na drugą stronę.

I wtedy znów zawiało, tak potężnie, iż nie ustał na nogach. Githyanki poślizgnął się, spadając kilka schodków w dół. Chwycił się swoimi kończynami, których już niemalże nie odczuwał, kamiennych, pokrytych lekką warstwą śnieżnego puchu stopni, by przeczekać tę chwilową zamieć. Przez korytarze popędził szarawy pył, przez który zmuszony był on zamknąć oczy, tudzież je przynajmniej przymróżyć. Zimno znów dało mu się we znaki, kaszlnął ostro. W jego głosie słychać było jak ucieka z niego życie. Wiatr pędził jak szalony… I w końcu się uspokoiło. Wdrapał się na szczyt schodów i zaczął żałośnie, bowiem niby robak, czołgać się przed siebie. Wnet za jego plecami usłyszał potężny, donośny ryk, przeżarty zimnem i chrypą, ale wciąż niesamowicie przerażający. Githa jednak bardziej przerażała myśl, iż to on był niemal bezbronny, niż fakt, iż przeciwnik był wielki. Leżąc na plecach widział go teraz dokładnie, olbrzymia istota licząca sobie przynajmniej trzy metry stała nad nim w rozkroku. Był to olbrzymi humanoid porośnięty czarnym włosiem; na rękach, nogach, barkach oraz szyi spoczywały mu kamienne okręgi. Oczy jego literalnie płonęły ogniem. Łapy wielkie, upostrzone w ostre pazury, już sięgały w kierunku githyanki, wnet pochwyciły go i podniosły ku górze. Było tak zimno, iż ten nawet nie poczuł, jak zostaje podniesiony na ponad metr w górę. Istota zrobiła zamach i rzuciła githem w ścianę po przeciwległej stronie, a ten przygrzmocił dosadnie, chociaż zdążył przesunąć ręce do przodu, przez co miast twarzy, to jego dłonie i przedramiona zostały pocharatane. Posoka ściekła na podłogę, ale on już tego nawet nie dostrzegał, poczuł tylko zapach krwi, jaki się rozległ wokół.

I nagle, zupełnie niespodziewanie, z korytarza po drugiej stronie wyszła ona. Nocna wiedźma, szczupła i koścista, ubrana jedynie w jakieś stare łachmany. Zakręciła przesadnie różdżką, a jej włosy, czarne niczym pustka za ścianą, uniosły się w górę i zaczęły okręcać siebie wzajemnie. Wtem z kościstej różdżki wystrzeliły czarne gałęzi, które pognały w kierunku olbrzyma. Oplotły się wokół jego rąk, nóg i klatki piersiowej, a następnie zacisnęły, i w mgnieniu oka rozszarpały istotę. Kawałki ciała: kończyn, skóry, także kości, poszybowały w powietrze, po czym spadły na podłogę i tam już zostały. Głuchy pomruk uderzenia kamiennych okręgów o podłogę był ostatnią rzeczą, jaką dało się usłyszeć. Wiedźma odwróciła się do githyanki, ukazując swoją bezbarwną, szarą cerę oraz czerwone, świecące złowrogo oczy. Jej nogi uginały się pod jej własnym ciężarem, a ona sama zdawała sobie nic nie robić z faktu, iż szmaty w jakie była przywdziana coraz bardziej zsuwały się z jej wątłego, wygłodzonego możnaby rzec, ciała, odsłaniając coś, co u każdej innej istoty żeńskiej dałoby się nazwać krągłościami. Podeszła szybkim krokiem do kulącego się githa, który już próbował wstać, a następnie mu pomogła. Wgapiła się w jego żałosne, okute szronem spojrzenie i wydobyła z siebie słowa, które brzmiały tak, jakby tysiące ostrzy zagrzęzło w jego sercu.

 - Jeśli zdechnąć musisz, to zrób to szukając tego co mamy znaleźć! – Wrzasnęła, a echo odbiło się po ścieżkach labiryntu. – Pośpiesz się, masz się stąd wydostać! – Ponaglała go.

 - Co z Pentar? – Zapytał rozkojarzony.

 - Ja się nią zajmę; ty szukaj! – Jej różdżka raz to kolejny wytoczyła kilka dziwacznych kształtów w powietrzu, a z płomieni jednego z palenisk przy murze zaczął wyłaniać się portal. Wkroczyli weń, uciekając tym samym z labiryntu Jej Straszliwej Dostojności…

· Sigil - Miasto Drzwi ·

„A nie byłoby wszystkim lżej, gdyby ktoś ją tak po prostu rozprostował?”
 - Jakiś trep o kształcie Klatki.

Centrum wieloświata, używając określenia, którego zwykli stosować Znakowcy, znajdowało się zawsze tutaj. Nie na pierwszej materialnej, nie w planach żywiołów ani wewnątrz Astralu, tylko tutaj. I wbrew pozorom definicja tego „tutaj” nie zdawała się taka trudna to pojęcia, zważywszy na fakt, iż „tutaj” wszystkich innych kończyło ostatecznie… Ano właśnie tutaj. Któżby zliczył tych wszystkich pierwszaków, którzy, idąc sobie drogą tą co zawsze w świecie tym co zawsze nagle znaleźli się na ulicach kompletnie nieznanego im miasta, z czego przynajmniej połowa nie dożyła kolejnego dnia? Cóż, w sferach, a już szczególnie na planach materialnych, panowało często przekonanie, iż to miejsce nawet nie istnieje, ot, bajka zmyślona przez jakiegoś nadgorliwego maga, który uznał, iż skoro cel jego jest w miejscu dla niego nieosiągalnym, to musi być on w środku wszechrzeczy. Sigil było absolutnym centrum sfer, być może nie tych materialnych i pochodnych, ale pewne było, iż znajdowało się w samym środku planów zewnętrznych – na wielkiej Iglicy. Dryfowało sobie na jej szczycie, mimo iż była ona nieskończenie długa, przyciągając tutaj wszystkich awanturników świata. Każdy szanujący się obieżysfer musiał tutaj trafić, prędzej czy później.

(img)

Miasto to nie bez powodu zwane było Klatką, a jego mieszkańcy klatkowiczami; otóż większość ludności tego miasta stanowili ci, którzy trafili tutaj przypadkiem, nie mogąc wrócić, ponieważ wleźli tu jednostronnym portalem. I to właśnie był cień całej rzeczy – portale. Mogły być one wszędzie, w drzwiach domu, w oknie, dziurze w ścianie li pod łukiem bramy, w studzience bądź w dziurce od klucza – wszędzie, gdzie tylko znajdował się jakiś otwór, pewnie trep chwytający swoje ręce też stworzyłby jeden między nimi. Tym jednak, co powstrzymywało wszystkich przed namiętnym przekraczaniem wszystkich znalezionych portali był fakt, iż wszystkie potrzebowały czegoś, co je uaktywni, sprawi, by zadziałały, tak zwanych kluczy. Kwestia ich znalezienia należała do najtrudniejszych rzeczy jakie możnaby sobie zadać jako cel, niemalże wszystkie kiedykolwiek odkryte portale zostały znalezione zupełnym przypadkiem, aboim kluczem do takowych drzwi mogło być literalnie wszystko. Począwszy od kartki papieru, oberżniętego miedziaka li artefaktu z półplanu cienia, przez zanuconą koło takowego melodię bądź pomyślaną myśl, aż po ujawnienie najskrytszego uczucia. Pomyśleć tylko o tych wszystkich skurlach, którzy postanowili przekonać dziewoje, jakoby portal miał się otworzyć, gdy pocałuje go ona w nocy przy drzwiach tawerny!


Ale Sigil to nie tylko portale, to przede wszystkim klatkowicze, którzy prezentowali najróżniejsze rasy wieloświata. Znajdowały się tutaj baatezu i tanar’ri, wiecznie rywalizujący i nierzadko przenoszący swe konflikty z planów niższych do miasta; githzerai i githyanki, chaotyczni przybysze z Limbo, najróżniejsi sferotknięci pokroju aasimarów li genasi, wszelacy sferowcy, zwani także planarnymi, tacy jak eladriny, gehrelethy bądź inne żywiołaki, można było tutaj spotkać naprawdę każdego.

„Szyk po co zdania komu?”
 - Przeciętny Chaosyta.

Nie sami mieszkańcy byli jednak ważni, a ich mentalność. Klatkowicze zwykli bowiem tworzyć tak zwane frakcje, zrzeszające ludzi o tych samych poglądach, charakterach bądź wierzeniach, czasami kontrolując wiele zasad miasta. I tak też znaleźć tu można było Bogowców, zwanymi także Wyznawcami Źródła, którzy uważali, iż życie jest zalążkiem kosmosu, w którym trzeba się sprawdzić i wykazać sferom swoją boskość. Nie dogadywali się oni najlepiej z Grabarzami, którzy z kolei uważali, iż nie ma żadnego życia ani sekretu wieloświata – wszyscy są tak naprawdę martwi, a ci, którzy wyzbędą się uczuć i namiętności osiągną równowagę, to jest Prawdziwą Śmierć. Ci z kolei prezentowali prawdziwe przeciwieństwo poglądów członków Stronnictwa Doznań, potocznie zwanych Czuciowcami, albowiem oni wierzyli, iż życie jest im dane właśnie po to, by z niego korzystać i emocji nie należy się wyzbywać, trzeba je poznawać, doświadczać i eksploatować. Oni mieli z kolei świetne kontakty z Wolną Ligą, bądź też, o wiele prościej, Autonomami, ponieważ ci wierzyli w siłę wolności i niezależności, chociaż ich największym wrogiem byli Guwernanci, należący do Stowarzyszenia Porządku. Frakcja ta stanowiła głównie o prawach i postanowieniach w mieście, ale głównie od strony papierkowej, prawdziwą sprawiedliwość wymierzali Harmonium i Łaskobójcy.

Jaka była różnica pomiędzy tymi dwoma frakcjami? Cóż, pierwszy lepszy szpic na ulicy odpowiedziałby, iż Twardogłowi są jak policja, a ci drudzy to egzekutorzy mruczący nad skazańcami; ten punkt widzenia nie mija się szczególnie z prawdą, ale była pewna elementarna różnica. To Harmonium było frakcją, która wierzy w wyższość porządku nad nieładem i prawa nad anarchią, zrzeszało ono wszystkich śmiałków, którzy mieli w sercu ducha obowiązku utrzymywania spokoju. Czerwona Śmierć jednak leżała na granicy frakcji a skupiska samozwańczych katów, czychających na tych, którzy odważyli się zadrwić ze świętości ich największej i najbardziej cenionej wartości – nieskończonej mocy sprawiedliwości. Nie było takiego skurla, który by rzucał na wiatr słowa szpicujące Łaskobójców, w większości wypadków kończyło się to natychmiastowym zgonem, bez jakiegokolwiek procesu, w co zresztą bezustannie bawili się Guwernanci i Harmonium. Oczywiście byli i tacy członkowie Czerwonej Śmierci, którzy szanowali stanowisko tych, co uważali, iż sprawiedliwość nie jest siłą napędzającą wieloświat, ale należyli oni do mniejszości, która z dnia na dzień malała coraz bardziej, dlatego Łaskobójcy uważani byli tym bardziej za takich, którzy coraz to bardziej i bardziej pogrążają się w swych ślepych poglądach. Ogólnie panowało w klatce takie przekonanie, iż lepiej byłoby zadrzeć z całą frakcją Twardogłowych, niż z jednym, nadgorliwym Łaskobójcą. I to przekonanie było nad wyraz słuszne.

Była jeszcze Ona. Pani Bólu, milcząca i enigmatyczna władczyni Sigil, której nikt nie wchodził w drogę. Sylwetka bezbarwnej szaty, korony z ostrzy oraz kobiecej maski, oto jak przedstawiały ją opowieści krążące po sferach. Rządziła miastem ustalając pewne zasady, których niemal nikt nie ważył się łamać, a ci, którzy jednak postanowili to zrobić, kończyli w najlepszym wypadku w labiryntach, to jest przez Nią stworzonych domenach, w których dane było skurlom czeznąć do końca życia, lecz w najgorszym wypadku spotykało ich coś gorszego – to jest śmierć z ręki Jej samej. Ileż to razy znajdowano nieszczęsnych trepów, którzy nawinęli się Jej Straszliwej Dostojności, leżących na ulicach miasta w kawałkach tak wielu, iż zaczynano się zastanawiać, czy to aby na pewno ludzie? Nie lubiła też, gdy ktoś ją czcił bądź obrażał. Pani Bólu nigdy jednak się nie pokazywała, jej słowa przekazywały miastu wcale nie mniej od niej nieme sługi – dabusy – które były najświętszymi istotami tego miasta, mówiącymi rebusami i przebudowującymi mury, budynki li ulice. Tylko w jakim celu?...

„Bardzo, kurwa, zabawne.”
 - Minotaur po trafieniu do labiryntu Pani Bólu.
« Ostatnia zmiana: 6 sty 2014, 03:40:07 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #2 dnia: 6 sty 2014, 03:39:48 »
· Straż Zagłady ·

Tłumy zbierały się takowo przed murami Zbrojowni, czekając na otwarcie. Przeciwszczyt powoli zapadał, albowiem fluorescencja nieba Klatki przybierała powoli jaskrawy odcień seledynu. Każdy pierwszak przybywający do miasta dziwił się, dlaczego o tej porze dnia taki kolor zdobi ulice, przecież w ich światach zachodzące słońce sprawiało, iż przedwieczór stawał się czerwony, a chmury przybierało barwy lilii. Otóż nie, to było typowe podejście wszystkich pierwszaków. Niebo w Sigil nie miało słońca. W Sigil nie było czegoś takiego jak słońce, i nawet jeśli trepy przybywające tutaj z Faerûnu uważały, iż słońce li księżyc to coś, co spotyka się gdzie tylko się nie znajdziesz, myliły się okrutnie. Większość klatkowiczów nie biała pojęcia o czymś takim. ”Co ty tam gadasz? Wielka, płononca piłka na niebie? Ty siem w czoło stuknij, to nie jakiś szpicowany plan żywiołu ognia!”; rzekłby. Jednak gdy pierwszacy tak rozmyślali skąd to światło na niebie bez słońca, Staż Zagłady już szykowała należycie co trzeba.

Esekiel Longbarrister, pocieszny i przyjazny acz stanowczy i niezawodny faktor Tonących, był osobą niezwykle szanowaną w swojej frakcji, i nawet jeśli był najmłodszym stażem faktorem wśród innych, to na pewno najbardziej sławnym i wszędobylsko rozpoznawalnym. Towarzyska dusza, możnaby rzec, obecny w Sigil zdawałoby się od zawsze, na swoje stanowisko jednak zasłużył w sposób niezwykle oryginalny. Otóż Longbarrister został przezwany oniegdaj przez pewnego jegomościa z Harmonium „śmieszkiem”, który nie trzyma się ani trochę zasad swej frakcji, abowiem panowało ogólne, błędne zresztą, przekonanie, jakoby każdy członek Straży Zagłady smutnym i ponurym trepem winien być. Cóż, pech chciał, iż Longbarrister od lat wielu doświadczonym magiem miał być, często zresztą kojarzonym wśród czaromiotów w Klatce; nieszczęśliwie osoba, która wygarnęła mu to i owo, została potraktowana jego autorskim zaklęciem – urokiem. Klątwa ta sprawiała, iż osoba od pory wypowiedzenia inkantacji nie była w stanie się uśmiechnąć. Żadnego rechotu radości li wyrazu szczęścia, nic. Jego ofiara, będąc wcześniej dość towarzyskim i zasłużonym członkiem Twardogłowych, przystąpiła wówczas do Grabarzy z powodów wiadomych i oczywistych. Warto tutaj nadmienić, iż rozsławiony w Sigil Esekiel Longbarrister, twórca najcudaczniejszych uroków, ku zdziwieniu wszystkich okazał się być… Mefitem!

(img)

Mefitem ognia, będąc nieco konkretniejszym, niebywale wręcz rozgadanym, aczkolwiek wciąż szanowanym, chociaż niech bogowie świadkami, albo i lepiej nie, ilu też lekkomyślnych skurli zaśmiało zadrwić z niego mówiąc, iż jest potomkiem rasy sługusów; niech światło Astralu oświetla ich oczekiwanie. Tak czy inaczej Longbarrister właśnie sunął przez sam środek placu znajdującego się za pierwszym murem Zbrojowni. Szedł przez siebie krokiem pewnym, brnąc do kolejnej do bramy, tym razem nawet większej niż poprzednia. Za nim w ślad poszło i wielu innych, których zaproszono na wiec, wśród których, naturalnie, dominowali Tonący, ale byli też inni, wspomnieć można choćby o zastępach Chaosytów, Czuciowców li nawet Twardogłowych, którzy dzisiejszego dnia o wszelkich konfliktach ze Strażą Zagłady zapomnieli, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie. Ale to nie frakcjoniści stanowili większość, w najszersze zastępy zaproszonych wliczały się przede wszystkim osobistości z nikim niezrzeszone, tak zwani wolni strzelcy bądź awanturnicy, i czy to szanowane wśród urzędasów persony czy też trepy z pierwszej materialnej, roiło się od nich niesamowicie. To, co było dość sporym zaskoczeniem li rzeczą niebywałą, był fakt, iż większość zgromadzonych uznała za stosowne ubrać się odpowiednio do tej wzniosłej sytuacji. Znaleźć można tutaj było najbardziej różnorodną śmietankę sigilijskiej społeczności; aasimary z bariaurami, abiszai wraz z kornugonami oraz quasity koło bulezau, gdzieś tam wymijały się wzajemnie grupki alu-biesów czy innych githów, a daleko na końcu dało się nawet ujrzeć jakąś parę golemów, raczej mało zwracających na siebie jakąkolwiek uwagę. O dziwo, Straż Zagłady zdołała jakimś cudem przekonać cały ten lud zainteresowanych, by jednak nie walczyli ze sobą wzajemnie, i tak oto ręce aż świeżbiły każdego baatezu, widząc, jak przemyka koło niego jakaś demonia gęba, aż prosząca się o to, by ją troszeczkę rozkształcić. Prawdę mówiąc frakcjoniści też spoglądali na swych przeciwników zabójczymi spojrzeniami.

Ale rzecz w tym, iż nikt nawet nie miał możliwości zainteresować się wywołaniem jakiejkolwiek większej rozruby, wszystko działo się bardzo szybko i goście, nie do końca wiedzący, dlaczego zostali tutaj zaproszeni, przepychali się w wielkim tłumie, który znajdował się teraz za pierwszą bramą – pomiędzy Zbrojownią dzieliła ich jeszcze jedna, ale nie byli zmuszeni długo czekać. Otóż Longbarrister brnął właśnie w kierunku wielkiej fortyfikacji. Wspiął się szybko po drewnianej konstrukcji, która tam stała w celu chyba tamowania drogi, a następnie krzyknął donośnie.

- Hej, gady! – Zawołał. – Otwierać, nie spać tam na mojej zmianie! – Zza okiennic na szczycie samborza wychylił się jakiś niemiły, skrzywiony wyrazem znudzenia pysk yuan-ti, który zaraz potem zniknął za murem. Nie minęła chwila, gdy wszyscy usłyszeli jakiś mocny zgrzyt metalu o metal, a potężne odrzwia zaczęły się rozsuwać…

(img)

· Zbrojownia ·

Gdy kolejne wrota rozwarły się, ukazując główny plac tuż przed wewnętrzną kopułą Zbrojowni, a ci, którzy stali najbliżej zauważyli już na dobrym początku sporych rozmiarów przestrzeń przecinaną bardzo skromnymi liniami ogrodów. Całość prezentowała się z wewnętrznego kręgu o wiele inaczej, niż mogłoby się wydawać, patrząc na zewnętrzne mury, otóż przedsionek Zbrojowni, to jest ta ostatnia część pod gołym niebem, skupiała w sobie biegnące dookoła głównego budynku wolne obszary, a czym dalej od bramy, tym więcej dało się zauważyć filarów, wzniesień i dodatkowych poziomów gruntu poprzecinanych biegnącymi tu i tam kanałami oraz przejściami. Całość prezentowała się bardziej jak rozbudowany zamek obronny, niźli bogate włości, ale zgromadzenia kwiatów, co prawda zwiędłych li uschniętych, poprawiało nieco główny obraz. Gdzieś za warownią, swoją drogą wielką i zapierającą dech w piersniach, majaczył obłok jakiegoś gigantycznego statku, nie był on jednak zbyt dobrze widoczny. Longbarrister poprosił, by wszyscy usiedli, albowiem przed Zbrojownią poustawiano kilka szeregów krzeseł oraz ław w okręgu, otaczających piedestał pośrodku, a następnie sam na nim stanął i, oczywiście gdy wszyscy już zajęli swoje miejsca i ucichli, przemówił.

 - Dobra, zamykać mi te wrota, skalpy, bo wieje! Kto wlazł za późno ten może się szpicować, nie potrzeba nam tu jakichś skurlonych spóźnialskich. – Mefit zdawał się jeszcze rozglądać wokół, szukając kogoś wśród tych kilkunastu Tonących, co to wałęsali się wokół pomiędzy ciżbą. – Hej, Irys, skoczżeż no po Pentar, świętujemy tu, zapomniałeś? – Zaśmiał się donośnie, podczas gdy tamten, genasi wody, zdawałoby się, pognał tylną furtką do Zbrojowni. – No, starczy tego, czas przejść do rzeczy! – Krzyknął, podnosząc ręce do góry by zwrócić na siebie uwagę wszystkich tutaj zebranych. O dziwo, jego kolejne słowa zdawały się mieć mniej wyziewu tej ulicznej, sigilijskiej śpiewki. – Jak wiecie, ostatnio w Sigil nie jest dobrze, ludziska się spierają o to, kto gdzie winien mieszkać, coraz więcej problemów mają niemalże wszyscy, a między frakcjami nie dzieje się najlepiej. Poza tym ostatnio było dość dużo kłopotów pomiędzy dwoma frakcjami, co wielu z was pewnie już zauważyło. Mówię tu naturalnie o Straży Zagłady, której, nie chwaląc się, jestem zasłużonym członkiem, oraz o Harmonium. – Po tych słowach dało się zauważyć, jak grupka Twardogłowych gdzieś z tyłu zmarkotniała, a inni się nieco oburzyli, chociaż nikt nie zdążył nic powiedzieć, gdyż mefit znów rozpoczął. – Ale to nie szkodzi, drodzy przyjaciele! – Uśmiechnął się zawadiacko. – Niesnaski są zawsze i temu nie zaprzeczycie, nie jesteście idealni, ni jam nie jest. Wszystko, co pragnę przekazać to to, iż mamy dość takiej sytuacji, chcielibyśmy zagaić te wszystkie spory między frakcjami! – Te słowa zdawały się lepiej trafiać do wszystkich tutaj zgromadzonych. – Ale o tym powie już ktoś inny, jeśli pozwolicie. – I wnet bramy Zbrojowni rozwarły się, ukazując głównego organizatora tego wiecu.

(img)

Z wnętrza wyskoczyła osoba dość wątła acz zgrabna – kobieta w średnim wieku, o kasztanowych włosach i skórze niby miód. Twarz jej, na której malował się lekki wyraz ekscytacji oraz oczy, zielone i bystre, zwracały się w kierunku ciżby. W przeciwieństwie do gości, którzy w większości byli ubrani bardzo elegancko, ona miała na sobie tylko kilka elementów typowego, awanturniczego stroju. Była to Pentar, faktol Straży Zagłady. O faktolach wiedziało się na ogół niewiele, byli czymś na wzór przewodniczących frakcji, i o ile wypowiadali się bardzo często i spotkać ich nie było trudno, o tyle nikt raczej nie wiedział dużo o ich życiu – tak też było z nią samą. Kobieta pognała szybkim krokiem ku Longbarristerowi, podczas gdy inni faktotea, którzy też wyszli z bramy, podążyli za nią bądź rozlazli się tu i tam. Zaraz potem miała przemówić.

 - Witam was wszystkich, widzę, że zła sława Tonących nie przeszkodziła w przyjściu tutaj tak wielkiej ilości osób! – Zdawała się sprawiać wrażenie osoby dość życzliwej. – Wielu z was ma pewnie mnóstwo pytań, „Po co nas tu zaproszono?”, „Jaki w tym wszystkim cel?”. A więc, drodzy klatkowicze, Straż Zagłady postanowiła, że należy coś zrobić z problemami, z którymi ostatnio nęka się miasto. Zwołałam ten wiec, by znaleźć kilku krwawników, którzy byliby chętni podjąć się kilku zleceń.

 - Co to za zlecenia? – Zapytał ktoś z widowni, Pentar już śpieszyła z odpowiedzią.

 - Zadania, bardzo proste i jasne, ich sens można zamknąć w jednym zdaniu, ale… – Uśmiechnęła się tajemniczo. – To wy musicie dość do tego, co to za zlecenia. Zainteresowani na pewno znajdą na przyjęciu swoje upragnione odpowiedzi, zapewniam. – W tej chwili wśród ciżby posypały się liczne komentarze tych, co nic nie rozumieli z całej tej sytuacji, abowiem zostali oni tutaj zaproszeni po to, wy znaleźć odpowiedzi na pytanie, którego nie znają, tak przynajmniej wydawało się wszystkim tu zgromadzonym. – No, ale mniejsza o to, ci, którzy nie chcą sobie zawracać takimi bzdurami głów, mogą iść wraz ze mną do Planarnej Łajby!

 - Planarnej Łajby?

 - Jakiej znów Planarnej Łajby?

 - Gdzie?

(img)

Wnet statek, który widniał wcześniej gdzieś daleko za Zbrojownią, wówczas prawie niezauważalny, zdawał się być teraz o wiele bliżej, i czy to z powodu magii czy to z nieuwagi, nikt ze zgromadzonych nawet nie zauważył, gdy znalazł się on tutaj tak szybko. Była to potężny, wysoki prawie jak warownia Tonących statek chaosu. Zazwyczaj takie gargantuiczne konstrukcje dryfowały po planach jako środek transportu dóbr handlowych między Strażą Zagłady a tanar’ri, niemniej ten model służył zgoła innemu celu… Machina zbudowana była z kości jakichś gigantów, całość opierała się na wielkim grzbiecie, a trzema najbardziej rzucającymi się w oczy elementami były kolosalne czaszki osadzone jedna na dziobie, druga na pokładzie, stanowiąc tym samym podstawę dwupiętrowej nadbódówki ponad nim, oraz ostatnia na rufie, przypominając jednocześnie najmniej czaszkę, a najbardziej głowę z dwóch pozostałych, powykręcaną w grymasie szaleństwa. Wszystkie te łby, w które upostrzona była łajba, zdawały się być jednak mimo wszystko jedynie elementem ozdobnym jakiegoś nazbyt silącego się na groteskę projektanta, niźli czymś pokroju duszy statku. Na burcie dało się także zauważyć liczbe wklęsłe kształty oraz otwory, najpewniej na działa, które mogły tam kiedyś stać – dzisiaj nie było tam jednak nic ponad kilku dziur, z których świeciły feerie kolorów. Co więcej, nie było w niej żadnych żagli, było to zresztą całkowicie zrozumiałe, ponieważ był to statek planarny; ot, magiczny, przeznaczony do podróżowania po sferach.

 - No, nie bójcie się, ona tylko wygląda tak złowieszczo, w środku jest wcale przytulnie. – Rzekła Pentar, biorąc ze sobą kilku Tonących.

(img)
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #3 dnia: 6 sty 2014, 03:43:18 »
(img)

Th’amar z ogromnym wysiłkiem pokonała falę, przed którą statek, mimo swego niewątpliwie zatrważającego wyglądu, nie chronił – wszechogarniającą falę niechęci. Nie udało jej się jednak uciszyć złych przeczuć, zresztą nawet nie miała takiego zamiaru. Całe to przedsięwzięcie wydawało się jej – i nie tylko jej, co potwierdzało zachowanie licznych zebranych – skrajnie podejrzane.
 
~ Czyżby Straży Zagłady było aż tak spieszno do ostatecznego rozkładu Wieloświata? Aż tak, że zamierzają skorzystać ze wsparcia zardzewiałych toporów Harmonium?

Brnęła przez zatłoczoną salę, rozglądając się za większą grupą Szyfrów, w którą mogłaby się wtopić. Oczywistym było, że imienni po uroczystym powitaniu faktoli zamkną się w swoich kręgach. Na znacznej części pokładu wirowały tańczące pary; pech chciał, że to właśnie tę rozrywkę wybrał sobie Transcendentalny Porządek, wespół z ekstrawagancko wystrojonymi Czuciowcami. Pod nogami Th’amar przebiegł chochlik z tacą, na której podskakiwały dziesiątki pojemników z przyprawami. Zaraz też statek wypełnił się dudnieniem kopyt i śmiechem dwójki bariaurów. Ponurak wtulony w czarny płaszcz w skupieniu sączył wino, jak gdyby chciał wyssać z niego całą czerwień. Tonący istotnie tonęli. W bełcie. Brakowało tu jeszcze tylko…

Githyanki.

Pomimo upływu czasu – i przyzwyczajenia się do jego sigilijskiego rytmu – zawsze wzbudzali w niej to samo uczucie. Wściekłość, pulsującą tępo niczym uporczywy ból głowy. Ostrze karach, na czas przyjęcia przetopione w ozdobną szpilę do włosów, zaczęło niebezpiecznie podrygiwać. Th’amar wiedziała, że chichoczący różnobarwnymi szkiełkami wysoki osobnik naprzeciwko niej błyskawicznie to wychwycił swymi małymi, rozbieganymi oczami. Bezczelnie powiódł po niej wzrokiem po jej figurze, przypominając o rzucającym się w oczy stroju, zupełnie niedostosowanym do okoliczności: prostym kombinezonie w kolorze zgaszonego, ciemnego fioletu, spływającym na prawe ramię postrzępionym płaszczu i wysokich butach z licznymi klamrami.

- Proszę, proszę…  – odezwał się, odwracając wzrok. – A cóż to robi nasza *Anarchistka* na pijatyce największych szaleńców, jakich kiedykolwiek oglądały Moce?

- Tonąca Ach’ali – zaatakowała go stalowym spojrzeniem, natychmiast wykrzywiając swoją dotychczas nieruchomą maskę na wspomnienie z Limbo. Te słowa były niegdyś skierowane do niej samej. – Mogłabym zadać ci to samo pytanie.

W odpowiedzi niedbale obrócił ramię, pozornie dla poprawienia zapięcia wyszywanego karwasza, w istocie odsłaniając tatuaż z symbolem swojej frakcji. Jej frakcji. Th’amar zmrużyła oczy. Takie zakończenie rozmowy wystarczająco by ją usatysfakcjonowało, ale było już za poźno. Cisza zgęstniała między nimi jak mgła, zasłaniając drogę ucieczki.

- Nie *domyślasz* się? Oczywiście, tego przecież od lat uczy nas Rhys… Ach, Th’amar, *szukałem* cię. Chciałem ci zaofiarować swoją pomoc w nadchodzącej wyprawie do sigilijskiej Kostnicy.

Th’amar miała wrażenie, że statek zaczyna się kołysać.

(img)

Laurel był niespokojny. Ostatniej nocy kilkukrotnie wracała do niego w śnie postać Pani- nie uważał zaś tego za dobry znak; zrezygnował więc z łóżka i medytował do świtu. Choć ostatecznie noc, którą spędził w domu swojej przyjaciółki Urd-Kai, minęła bez żadnych sensacji, poranek nie przyniósł mu pocieszenia.
W pylistym powietrzu Klatki wisiało nieuchwytne napięcie, jak gdyby jakiś niewidzialny cień powoli spowijał ulicę za ulicą, zatruwając mieszkańców Sigil rozdrażnieniem i nerwową atmosferą. Kilka godzin włóczył się bez celu, często oglądając się przez ramię, w końcu jednak miał dosyć; zaszył się w kącie przy jednym z wielu straganów z bełtem, porozsiewanych w okolicy Miejskiego Gmachu Rozrywki. W ponurej atmosferze wychylił kilka kufli, rozmyślając o przyjaciółce, której od kilku dni nie widział i rozważając próbę odnalezienia jej w siedzibie jej frakcji, Stronnictwa Doznań. Ostatecznie stwierdziwszy, że gdyby nie miała nic lepszego do roboty zapewne pokazałaby się w domu, zrezygnował więc. Kiedy zostało mu już zaledwie dwa razy po pięć miedziaków, podjął włóczęgę po mieście.
Mijając jakiegoś abishai splunął soczyście tylko po to, by za chwile zbesztać się za to w głowie; moment prostackiej słabości zwalił na karb bełta. Posłuchał ulicznego grajka. Chwilę przysłuchiwał się wymianie wyzwisk między grupką obdartusów a parą Twardogłowych, którą jednak ukróciło pojawienie się liczniejszego patrolu tych ostatnich. Czuł się coraz gorzej.
Ostatecznie turpistyczny humor, który go pochłaniał, kazał mu udać się w kierunku Zbrojowni; miało odbyć się tam dziś jakieś przyjęcie czy też wiec, o którym usłyszał kilka dni temu. Towarzystwo Tonących pasowało mu dziś jak ulał, w ogóle, może to tłum był lekarstwem na jego humor... Żeby choć znalazł coś do roboty! Bezczynność wpędzała go w podły nastrój, w mieszku świeciło pustkami, a życie na garnuszku Urd-Kai, choć nie zrobiła mu o to nigdy ani cienia wymówki, bynajmniej nie poprawiała jego stanu.
Jakiś czas później dołączył do tłumku pod Zbrojownią.
Trzymał się z boku, starannie unikając biesiego towarzystwa. Zdziwił się na widok sporej grupy przybyłych tu przedstawicieli Harmonium (Twardogłowi goszczący spokojnie u Tonących! To było coś.) Z ponurej zadumy wyrwali go Longbarrister i Pentar, których słowa zainteresowały go z kilku powodów- po pierwsze, praca, po drugie tajemnica, zawarta w przemówieniu faktola Straży Zagłady, po trzecie słowa mefita, które w nieuchwytny sposób kojarzyły mu się z jego własnym niepokojem. Tonący wyciągają rękę do Harmonium? Coś się kroiło. Coś dużego.
No i ten statek! Na jego widok obieżysferskie serce Laurela aż podskoczyło; bez wahania skierował się w jego stronę, nie mając absolutnie nic przeciwko, żeby w wyniku jakiegoś nieporozumienia pojazd odcumował chwilę po tym, jak postawi nogę na jego pokładzie. Aż się uśmiechnął na tę myśl. Z szacunkiem, wynikającym z czci należnej jego mentorom, kiwnął głową mijanej kobiecie githzerai odzianej w fiolet; dostrzegłszy w jej włosach opalizujący blask karach, odruchowo powiódł dłonią po wiszącym na jego ramieniu sarongu.
Ale oto wkraczał na pokład Planarnej Łajby.

(img)

Uthilai z trudem powstrzymywał śmiech podczas przemowy mefita. Już widział jak Tonący garną się do bratania z Harmonium. Niemniej to co mówiła faktol było bardziej zajmujące. Zachodził w głowę do czego Straż Zagłady potrzebuje najemników ogłaszając to na dodatek wszem i wobec. Najważniejsze jednak było słowo: "Zabawa!" Frakcje mogą mieć swoje ciemne gierki i na pewno szykował się jakiś gruby przekręt, ale teraz dla Uthilaia liczyło się przyjęcie.

Przyjaciel oddał mu zaproszenie myśląc pewno, że odbędzie się jakieś nudne, polityczne spotkanie z próbą przypodobania się nieistotnym graczom w tle. Zrzednie mu mina gdy dowie się co go ominęło! Statki chaosu nie były czymś co spotykało się w Klatce na co dzień. Uthilai też nie spodziewał się wiele. Chodziło mu głównie o to by pobawić się na cudzy koszt. Słabo stał z brzdękiem i chętnie poszedłby nawet na bankiet do Ponuraków, gdyby tylko jakiś organizowali. 

Młodzieniec chętnie ruszył z tłumem do statku. Na wszelki wypadek zadbał też o wygląd. Na proste ciuchy i skórzany pancerz narzucił pożyczoną i przez to przydużą, połyskującą, niebieską kurtkę. Wokół szyi możliwie najwymyślniej zawiązał kolorową chustę, którą kiedyś dostał od jakiegoś zagubionego pierwszaka za pomoc w przeżyciu w Sigil. W takim stroju bez problemu wmieszał się w grupkę ekstrawaganckich gości, którzy zmierzali do stołu.

Kiedy nasycił pierwszy głód ruszył na pokład. Posłuchał paru rozmów, wychylił parę kielichów wina, nieco potańczył. Przy stole wdał się w drobny flirt z korpulentną damą, której wyraźnie odpowiadała jego rudo-blada uroda i raczej niski wzrost. Pod pretekstem nagłej potrzeby zakończył pogawędkę, kiedy dowiedział się, że jest krasnoludzicą, a jej mąż to pierwszy topór w znanej kompanii najemników. Uthilai zaszył się wtedy w kącie i obserwując tańczące pary rozmyślał o tym co już wcześniej chodziło mu po głowie. Impreza była naprawdę przednia, ale o co chodziło z tymi zadaniami? Szansa na zarobek to coś co niełatwo było mu pominąć. Jego wcześniejsi rozmówcy nie wydawali się jednak zbytnio zajęci tym tematem i nie wiedzieli nic więcej od niego. W końcu ciekawość zwyciężyła i postanowił, że poszuka Longbarristera albo kogoś innego, kto mógłby nieco rozjaśnić sprawę.
« Ostatnia zmiana: 6 sty 2014, 03:49:16 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #4 dnia: 6 sty 2014, 03:44:25 »
(img)

Niska istota  o jasnych włosach i niebieskich oczach z pogardliwym uśmieszkiem patrzyła na to  wszystko. Na ten przejaw czystego chaosu, jakim była ta cała impreza. Przyglądający się przemowie Pentar osobnik był niewątpliwie gnomem. Niesforna czupryna jasnych spłowiałych włosów i podobnej barwy krótka bródka były tego dowodem. Strój barwy wina, oraz oręż przewieszony przez ramię, którego wygląd nie dawał podstaw do określenia, jakiego to jest rodzaju broń.
A czym się sam gnom zajmował.
Gimrahil wszedł do Zbrojowni wiedziony odwiecznym impulsem swej rasy... ciekawością.
Zbrojownia okazała się taką samą ruderą jak inne budynki miasta. “Architekci” Sigil mieli bowiem dość specyficzny gust, jeśli chodzi o budowle. Niezbyt odpowiadający smakowi estetycznemu gnoma.
Podobnie jak cała ta zabawa urządzona dla gawiedzi.
Szpicer nie przepadał za Frakcjami. Uważał za ułomne skupianie się na fragmencie rzeczywistości z pominięciem całej reszty. Samoograniczenie percepcji blokowało drogę do zrozumienia, brak możliwości zrozumienia natury wieloświata... cóż... uniemożliwiało osiągnięcie doskonałości.
Podobnie jak te tutaj krotochwile. Gimrahil stał z boku. Niski wzrost sprawiał, że nie rzucał się w oczy i nie był zaczepiany. Spojrzeniem taksował tłumy, wyraźnie znudzony tym miejscem i tym przyjęciem.

Za dużo tu było fałszu, za dużo skrępowanej agresji, za dużo... tego wszystkiego. Przypadkowa zbieranina, czysta esencja chaosu i przypadku.
To mu się nie podobało. Podobnie jak wystąpienie Pentar, jak zagadkowe zlecenie, które trzeba było odgadnąć, jak szczerzące się gęby na statku.
To mu się nie podobało, to mu śmierdziało na milę podstępem, kłamstwem, oszustwem.
Przetasował karty w dłoni wyjmując z talii jedną z nich.
Uśmiechnął się na jej widok.

(img)

Ten statek, ta misja... Śmierdziała śmiercią, ale i wyzwaniem. Być może próbą?
Zaryzykować czy nie?
Można było podjąć jeden z dwóch kroków. Albo w przód, albo w tył...
Gnom zdecydował się ruszyć w przód i skierować do wnętrza statku.
Nie zamierzał sobie odmówić uczestnictwa w próbie.

(img)

Picie, tańce i rozmowy - dobra zabawa, mówiąc krótko. Bajerowanie panienek, wmawianie ich facetom, że to wcale nie tak jak myślą, a potem uciekanie w kłębach dymu - to właśnie lubił, to był jego żywioł.
Perspektywa wieczoru wypełnionego dobrą zabawą od razu do niego przemówiła, szczególnie, że ostatnimi czasy jeno obijał się po Klatce i nudził się niepomiernie. Powszechnie wiadomo, że znudzony genasi to zły genasi.
Potrzebował emocji, coraz to nowych podniet, by czuć, że żyje. Nie satysfakcjonowała go egzystencja zwykłego skurla starającego się przeżyć kolejny dzień. Był stworzony do wyższych celów.
Właśnie dlatego przybył na przyjęcie w Zbrojowni.

Zdobycie zaproszenia nie było tak trudne jak mogło się wydawać, lecz stanowiło niejakie wyzwanie. Nieźle się namęczył, choć pomysł był dość prostacki i mało odkrywczy - po prostu wyśledził trepa, który był w posiadaniu "przepustki", a następnie... pobawił się nieco iluzjami doprowadzając go niemal na skraj szaleństwa.
Jakże się chłopaczyna ucieszył gdy Zarif oznajmił mu, że będzie w stanie wybawić go od dręczących go złych duchów. W ramach podziękowań odstąpił "cudotwórcy", "niezwykłemu medium" swoje zaproszenie.
Cóż za tępak.

Pierwsze kilka chwil przyjęcia sprawiło, że odechciało mu się tu być. Nudne przemówienia i próby załagodzenia przepychanek między frakcjami. Na szczęście, jego podejście szybko się zmieniło. Mniej więcej od momentu kiedy zaproszono gości na statek chaosu.
Nigdy jeszcze na takim nie był. Trzeba było przyznać, że wyglądał złowieszczo, ale to jeszcze bardziej go nakręcało! Był gotów zbadać jego sekrety i, przy okazji, może coś z niego ukraść?

Z pogardliwym uśmieszkiem przyglądał się wirującym parom, grupkom rozmawiających Klatkowiczów i krążącym między nimi łowcom jeleni, którzy szukali okazji, by kogoś oskubać. Prawdziwy drapieżnik potrafił rozpoznać innego drapieżnika. Nie było ich zbyt wielu - ta impreza była dość prestiżowa i zwykli kanciarze z ulicy się na nią nie dostali. Sami artyści, doborowe towarzystwo.
Uśmiech genasi stał się nieco bardziej miły.

Wkrótce wtopił się w tłum, szukając... właściwie nie wiedział czego. Czegoś ciekawego. Sensacji, przygody. Tajemnic?
Mimo prób pozostania niezauważonym zwracał uwagę.
Był wysoki, lecz przy tym zaskakująco szczupły. Poruszał się z kocią gracją, zwinnie przemykając w tłumie. Miał egzotyczną urodę (choć trudno było być egzotycznym w Sigil) - mlecznobiała cera, ostre rysy twarzy, wielkie, skośne oczy o szarych tęczówkach z uwagą przyglądające się mijanym osobom, lekko spiczaste uszy łowiące każdą ploteczkę. Jego twarz była ozdobiona kozią bródką, białą niczym śnieg (zapewne większość tu obecnych nawet nie wie czym jest). Takiej samej barwy były jego włosy - wąski pasek biegnący przez środek głowy i postawiony na sztorc. Zdawały się być ciągle poruszane przez powiew wiatru, nawet wtedy gdy tego wiatru nie było.
Odziany był prosto, acz elegancko, w stylu dżinnów z planu żywiołu powietrza, choć mniej kolorowo - ciżmy, szarawary oraz skórzana kamizelka, wszystko to utrzymane w odcieniach szarości. U jego pasa wisiał rapier, zaś przez ramię miał przerzuconą podróżną torbę.

Chwilę porozmawiał z jakąś ponętną diablicą, pokazał jej nawet kilka sztuczek, lecz dowiedziawszy się, iż nie należy do Tonących ruszył na dalsze poszukiwania. Chciał znaleźć kogoś "tutejszego", by poznać cień tej sprawy.
« Ostatnia zmiana: 6 sty 2014, 03:50:01 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #5 dnia: 6 sty 2014, 03:47:57 »

Wnętrze Planarnej Łajby było słowem piękne, srebrno-niebieskie gobeliny zdobiły wewnętrzne części burty katamaranu, a sam statek podzielony był na kilka poziomów, w których z kolei mieściły się szeregi pomieszczeń. Oczywiście wchodząc do środka pierwsze co witało klatkowicza to była wielka hala, w której można było tańczyć, gdzieś tam z boku na lekkim wzniesieniu był także bar li tam karczma ze stolikami, szynkiem i masą krzeseł, za ladą natomiast czekali już barmani, to jest kilku niższych sferowców, już szykujących się na klientów, którzy właśnie wchodzili do środka. Orkiestra zaczynała grać…

„Dosłownie utonąłem w twoich oczach, piękna.”
 - Jakiś głupi skurl do genasi wody.

Zabawa była iście przednia, Tonący lali piwo hektolitrami, i czy to przezorność gospodarza czy też zwykłe zaklęcie jakiegoś nadzwyczaj utalentowanego maga, znajdowały się tutaj chyba wszystkie gatunki tego trunku, jakie istniały. Piwa zbożowe, piwa z miodem, piwa z piwem i piwa bez piwa; arborejskie zielone i mechanusowe bezalkoholowe. Czarcie, święte, smutne i te zapomnienia. Ba, goście mogliby przysiąc, iż jeszcze kilka minut tego dało się gdzieś pomiędzy beczkami i leżącymi podeń kuflami znaleźć także piwo erekcji, ale jak widać już się skończyło. Muzyka grała a goście tańczyli tudzież pili, gawędzili lub flirtowali ze sobą wzajemnie. Błędnie twierdziły zatem skurle, które uważały Straż Zagłady za jedynie bandę ponurych trepów chcących, by wieloświat został zniszczony. Tak naprawdę większość z Tonących twierdziła, iż wieloświat jest po prostu skończony – dąży do destrukcji i należy go używać póki jeszcze można. Krąg życia i inne pierdoły tylko pokazywały, że jednak, jeśli wszechrzecz faktycznie dąży do entropii absolutnej, nie ma czasu i bawić się trzeba. To też robili wszyscy, bawili się.

„Jesteś strasznie oziębła, maleńka.”
 - Inny głupi skurl do genasi lodu.

Znajdowali się tutaj wszyscy, zarówno jeśli chodzi o rasy jak i frakcje. Na środku tańczyły zatem diablęcia z aasimarami, tanar’ri trochę z boku spoufalali się z Chaosytami, którzy prezentowali to wszystkim wokół swoje tańce, które nie niosły ze sobą absolutnie żadnego rytmu li melodii. Przy stolikach za butlami i kuflami obsiadały oczywiście wszelkiej maści bariaury, krasnoludy-pierwszaki, nawet jakiś Łaskobójca po pracy postanowił wychylić kielicha. Gdzieś tam dalej był człowiek o srebrzanej skórze z ostrzem z materii chaosu, na który spoglądała z kolei od czasu do czasu pewna kobieta githzerai, która to swoje ostrze przekuła na szpilę we włosach. Był jeszcze zaciekawiony całą sytuacją gnom, oraz jakiś inny aasimar, który, oczywiście jak to bard, postanowił wstawić się trochę i pobawić wraz z dziewczętami, ba, nawet spróbować zagrać z orkiestrą to czy tamto. No i jak możnaby zapomnieć o genasi powietrza, który chadzał we wszystkie strony łykając rozrywki. Po całej sali ganiał też jakiś nad wyraz żywy zając, kicając między bawiącymi się grupami gości, w stronę tę i tamtą, a co jakiś czas wracał do małej dziury w ścianie napić się wódki, która spoczywała głęboko na końcu jamy, do której to zresztą próbował się dostać jakiś Anarchista, ale szybko tego pożałował, gdy zając odgryzł mu kawałek ucha.

· Laurel · Gimrahil ·

Laurel był zdumiony tym, jak jego pojęcie na temat Straży Zagłady nagle się zmieniło, gdy przekroczył próg wejścia do statku. Balanga trwała w najlepsze a tany niosły tutaj zgromadzonymi. Zdażyło się tak, iż wychylił on kieliszek wina czy tam dwa, przywitał się z paroma Tonącymi, ba, nawet Harmonium zdawało się być mu życzliwym. Gdzieś tam po drodze mignęła mu także twarz pewnej githzerai, do której skinął głową, nie zauważył jednak czy skinienie zostało odwzajemnione, chociaż na pewno je widziała. Niemniej nie dane mu było cieszyć się długo pijaństwem i rozrywką jaką spowita była Planarna Łajba, bo tak oto przed jego oczyma stanęło nagle pomieszczenie, nad którego rozwartymi drzwiami widniał wielki, donośny, kaligrafowany napis: „Różnorodna Kolekcja Najróżniejszych Różności”. Wkroczył do środka nie wahając się choćby przez moment.

Jego oczom ukazało się pomieszczenie po brzegi wypełnione rzeczami, jakich on sam jeszcze nigdy nie widział. Szafki, półki i stoły na których prezentowały się dumnie wszelkie znaleziska wieloświata, wystawione tutaj niby muzeum, na widok wszystkich gości. I chociaż o kradzieży raczej mowy nie było, gdyż stało tutaj co najmniej kilku Tonących, to jednak jakiemuś nad wyraz dzielnemu kadukowi udało się podłapać jakieś cudeńko. Tak czy inaczej pierwsze co rzuciło mu się w oczy to wielki dorsz na ścianie, cały niebieski i śliski, którego głowa kiwała się do rytmu muzyki w hali obok, a oczy wirowały wokół zataczając kółka. Dalej stał cały stół różnych dziwnych rzeczy, wśród których dało się znaleźć chociażby „Mandolinę Podwójnego Fis”, „Wszystko-Wiedzącego-Powiedzieć-Niechcącego”, który zdawał się być małą, jadeitową figurką wypełnioną po brzegi żwirem. Wedle tabliczki obok, która tłumaczyła użycie tego przedmiotu, miał on służyć po prostu denerwowaniu wszystkich magów świata, jako iż figurka wiedziała jednomyślnie wszystko, ale nie chciała nic wyjaśnić, będąc tym samym odporną na wszelkie zaklęcia. „Atrament O Kolorze Śmierci”, „Nietłukący Się Talerz” czy „To-Tamto”, nic nie przykłuło jego uwagi jak ta księga pośrodku. Spojrzał na instrukcję, która mówiła:

„Księga o nieznanej nazwie, znaleziona niegdyś przez, niech cień Pani go omija tudzież świętej pamięci Fudżina Al-Qaďďimura. Legenda głosi, iż przynosi ona szczęście i rady każdemu, kto przypieczętuje z nią przedwieczny pakt, którego warunki znane są tylko księdze i użytkownikowi.”

Wydawało mu się to o tyle ciekawa, iż tomisko to było w środku puste. Ot, żadnych tekstów, ilustracji, po prostu czysty, chociaż nieco kremowy, papier. Wnet jednak coś się zmieniło… Kartki zaczęły się przewracać, wyginać, szurać o siebie wzajemnie i przekładać. Nikt prócz Laurela zdawał się tego nie widzieć, ale on dostrzegał to dokładnie, będąc zupełnie zaskoczonym. Ba, miało być coraz gorzej; z pustego manuskryptu poczęły się wylewać litry wody. Księga wypełniła się wtem kałużami, strumykami, stawami, jeziorami, rzekami, morzami i w końcu oceanami. Płyny bruczyły po stronnicach i skapywały z księgi na stół i podłogę pod nią. Potem mrugnął, a cała woda zniknęła, nie wiedział dokładnie co się stało. I nagle, ni stąd ni zowąd, na pierwszej stronie, która otworzyła się gdy ten nie patrzył, jakiś niewidzialny pisarz zaczął stawiać litery we wspólnym handlowym. Tekst był krótki i jednoznaczny:

 - Weź mnie.

(img)

„Mistrzu, jak to się ma do Entropii?”
 - Tonący na widok lim-lima.

Gimrahil zdawał się być równie zainteresowany Różnorodną Kolekcją Najróżniejszych Różności, którą studiowało tutaj wokół co najmniej kilku co spokojniejszych jegomościów, którzy to woleli raczej poznać co też w sobie ta cała Planarna Łajba kryje, niż być kolejnym spitym do nieprzytomności trepem. Trafił on zatem na biblioteczkę z tytułem wyrytym po obu stronach szafy: „Dowody na perfekcję Entropii”. Widać było, iż istnieli i tacy Tonący, którzy żużel i spopielenie uważali nie tylko za ideologię czy sztukę, ale doszukiwali się jej naukowych właściwości w nawet najmniejszych przedmiotach. Bo tak oto na półkach widniały takie unikalne trofea jak „Buteleczka Zniszczenia”, która, całkiem wedle swojej nazwy, miała demontować i rozrzedzać materiał, na który została wylana; tyle przynajmniej stało na etykiecie flakoniku. Gdzieś tam dalej zobaczył jeszcze „Ybhhbafabbr Khdazhhhlk”, czyli małe pudełeczko, które miało powodować, że ten, który je otworzył, tracił całkowicie umiejętność mowy. Tuż obok stała tabliczka dająca trochę informacji na temat tej osobliwości, i tak oto Gimrahil dowiedział się, iż Ybhhbafabbr Khdazhhhlk został stworzony przez, i nie było to wcale dziwne, jednego z magów Tonących, który specjalizował się w tego typu magii. Zresztą wiele z jego dzieł można było znaleźć na tych półkach, „Złamany Palec Bez Kości”, przez który znikały wszystkie kości, „Spleśniała Kukiełka”, przez którą pleśniały łapy ewentualnych złodziejów i liczne inne przedmioty. Najbardziej zainteresował go jednak fetysz gdzieś z boku. Mała, spreparowana główka mogąca się zmieścić bezproblemowo w ręce z zaszytymi ustami, powiekami i nosem, a gdyby miała uszy, to pewnie też by były zaszyte. Cała ta karykatura zdawała się uśmiechać, a prócz nici zdobiły ją dredy wystające tylko z czubka głowy, na których była ona też zawieszona na półce, oraz zgnile-blada cera. Gdy Gimrahil jej dotknął, okazało się, że jest także niezwykle sucha i giętka. Obok stała dość rozwiła informacja.

(img)

„Powyżej prezentuje się okazale świetnie zachowana głowa Szkarłatnego Efvazi, varrangoina wprost z najgłębszych czeluści Otchłani. Symbolizuje ona nieskończoność rozkładu; od ponad tysiąca lat znajduje się w materii entropii, zatracając coraz bardziej swoje istnienie. Jeszcze jakiś czas temu potrafiła mówić, możnaby ją zwać mimirem, niemniej od ponad czterystu lat zatraciła całkowicie głos. Mówi, się, iż była ona najpierw potężnym szamanem pewnego mało rozwiniętego, tudzież mało rozgarniętego, plemienia varrangoinów w Nieskończonych Warstwach, najpewniej na Falujących Wzgórzach, to jest sześćdziesiątej siódmej warstwie Otchłani, niemniej pewnego dnia czarownik się zezłościł. Zezłościł się tak mocno, że umarł; od tego czasu służył jako fetyszystyczny symbol plemienia. Jakkolwiek ta historia wydaje się nierealna, ponieważ varrangoiny nie tworzą plemion, głowa ta faktycznie jest fetyszem i faktycznie prezentuje doskonałość rozkładu. Ale może to tylko najzwyczajniejsza w wieloświecie głowa quasita.”

Już miał się zbierać Gimrahil, znudzony poniekąd czytaniem przydługawej notki o zwykłej, spreparowanej główce, jednak obróciwszy się na pięcie, chcąc pójść do baru po drinka, zza jego pleców dobiegł go piskliwy, skrzeczący tenor.

 - Nie masz pojęcia kto mnie lizał!

· Uthilai · Th’amar · Zarif ·

”Tanar’ri tanar’ri baatezu.”
 - Nie do końca składna parafraza pierwszackiego „człowiek człowiekowi wilkiem”.

(img)

- Hej, Sa’aln, chodź no tu na chwilę! – Rzucił jakiś szyfr do githyanki przed Th’amar, ten zaś pognał do kolegi, zupełnie nie zważając na kobietę, z którą właśnie rozmawiał. Ot, wypisz wymaluj członek Transcendentalnego Zakonu, robi zanim myśli. Githzerai została zatem sama, poniekąd trochę zagubiona, ale nie trwało to długo. Oto bowiem gdzieś przy ścianie na piedestale stał Esekiel Longbarrister, już zbierając wokół siebie zainteresowanych ludzi. Podążyła w tym kierunku, mając nadzieję uzyskać odpowiedzi na parę pytań.

Bard, zmęczony już w sumie poniekąd zabawą, postanowił zagrzać sobie ciepłe miejsce w karczmie, gdzieś w kącie, mając dobry widok na całą halę, w której gromadziły się istoty wieloświata. Nie przyszedł tutaj po to, ale miał nadzieję, iż jednak dowie się cóż to były za pytania, o których wspominała Pentar. Jakkolwiek szalona i absolutnie niemożliwa wydawała się idea, by Tonący nagle zechcieli bratać się z Harmonium, to jednak faktol rzekła co rzekła i zainteresowała tym aasimara. Tak oto siedział on przy stoliku, do którego z czasem zaczęły dołączać osobistości raczej ciche i spokojne. Chociaż, żeby nie skłamać, po kilku chwilach rozwiązała się i pewna dyskusja. Uthilai nie był nią raczej zainteresowany, dlatego próbował się nie wtrącać. Po jakimś czasie jednak towarzystwo zrobiło się nieco uciążliwe, prosząc o wzniesienie toastu i podobne sprawy, dlatego ten szybko ulotnił się chcąc dowiedzieć się jaki jest faktyczny cel tego całego przyjęcia. Tym sposobem podążył on za mefitem Longbarristerem, który zdawał się przywoływać do siebie kicającego to tu to tam zająca, chociaż bardziej jak równego sobie, niźli chowańca. Pech chciał, iż jakimś cudem nadepnął  ktoś tamtemu na jego mały ogon.

(img)

 - Oż ty pierdolony kutafonie! – Wrzasnął wnet zając. – Ja ci dam deptać mi po ogonie! – Schadenfreude zdawało się przychodzić na myśl, gdy królik zaczął obrażać rozmówcę i jego rodzinę, z czego wytoczyła się nawet krótka rozmowa, ale w końcu diabelstwo doszło do wniosku, iż skończyły mu się obelgi, a zając miał ich jeszcze sporo w zanadrzu.

Gnał zatem dosłownie w podskokach Tisdovesk, jedyny zając Straży Zagłady, w kierunku swego przyjaciela, Longbarristera, który to zajął wygodne miejsce na piedestale. Ba, obok stał jeszcze specjalnie drugi, przygotowany dla istoty równie małej, na co ktoś zdecydowanie musiał zwrócić uwagę stawiając je tam. Albo po prostu przypadkiem znalazły się tam dwa piedestały. Tak czy inaczej wskoczył nań zając i, pozdrowiwszy mefita, poczekał, aż wokół zbierze się grupa zainteresowanych. Z daleka widać było, iż to właśnie oni dwaj będą chcieli powiedzieć coś tym, którzy przyszli tutaj bardziej na wiec niż na przyjęcie, ale pozostawali tak chwilę w ciszy, gdy coraz to kolejni jegomoście tworzyli wokół nich półkole. Tak się też złożyło, iż wśród tej małej gawiedzi znalazła się też githzerai Th’amar, genasi powietrza, to jest Zarif, oraz ten aasimar Uthilai. I nagle zrobiło się jakoś ciszej. Nikt nie wiedział dokładnie czemu, być może za sprawką zaklęć li jakiegoś uroku, który rzucił zając, w każdym razie od tej pory, w tym małym, niewidzialnym kloszu w jakim się znajdowali, mogli słyszeć siebie wyraźnie, ale z zewnątrz nikt nie mógł usłyszeć ich. Potem Esekiel rozpoczął:

 - No, myślę, że akurat wy nie przyszliście tu wypić. – Parsknął śmiechem, ale widząc, iż wszyscy patrzą się na niego jedynie grobowo poważnie, kontynuował. – No więc złożyło się tak, że frakcja nasza szuka kilku ochotników do… Opieki nad pewnymi przedmiotami. Cóż, cała rzecz w tym, iż te przedmioty nie są jakimiś tam zwykłymi rzeczami, które można znaleźć byle gdzie, można powiedzieć, że są to takie drobiazgi, które chcą, by się nimi zaopiekować.

 - Znaleźliśmy je dość niedawno. – Dodał zając. – Chodzi o to, krwawniki, by pomóc tym przedmiotom w tym i owym. Wiem, wiem, to brzmi głupio, ale nie powiemy wam dokładnie o co chodzi. Widzicie tamte drzwi? – Wskazał Tisdovesk, dość pokracznie raczej ze względu na swoją postać, w stronę jakichś małych wrót na drugim końcu Planarnej Łajby. – Wśród eksponentów naszej małej Różnorodnej Kolekcji Najróżniejszych Różności znajdziecie mnóstwo fajnych wihajstrów. Poszperajcie tam i… Podotykajcie różnych rzeczy, w końcu zobaczycie w czym cień sprawy.

 - Hej, chwila, i to wszystko, panie króliku? – Zapytał ktoś.

 - Ja ci dam królika, ty śmieciu! Jak śmiesz? Jestem zającem! – Oburzył się.

 - Śmieciu? I mówi to jakieś gołe zwierzę? Do mnie, rycerza Aldina? – Odpowiedział drugi.

 - Nawet nie masz pojęcia jak fajnie jest latać z fujarą na wierzchu! Sam chciałbyś… – Nie skończył, gdyż przerwał mu Longbarrister.

 - To wszystko, ot, małe zlecenie, jak znajdziecie coś ciekawego to się tym zaopiekujcie. – Rzekł Esekiel.

I wówczas klosz musiał zniknąć, bo nagle zrobiło się głośno. Mefit wraz z Tisdoveskiem zleźli z piedestałów, a ludzie się rozeszli. Jedni poszli w kierunku wcześniej wspomnianej galerii li kolekcji, inni natomiast uznali to za spory żart, bądź też było to dla nich aż nadto podejrzane i woleli się w to nie pakować. Ostatnimi trzema osobami, jakie tam zostały, byli Uthilai, Zarif oraz Th’amar…

(img)
« Ostatnia zmiana: 6 sty 2014, 10:49:36 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #6 dnia: 6 sty 2014, 18:25:48 »
(img)

Ileż tu było zabawek!
Dziesiątki różnych przedmiotów, ładnych i brzydkich... Łączyło je tylko jedno, były niezwykłe.
Ale czy były wartościowe? Chyba nie bardzo, skoro leżały sobie od tak, bez zaklęć ochronnych.
Widok każdego z nich, sycił ciekawość Gimrahila, ale nic poza tym.
Ważniejsze było poszukiwanie reguły w ich rozmieszczeniu, sensu tej wystawy... Póki co bezskutecznie.
Gnomowi nie dawał też spokoju powód umieszczenia tej wystawy, bo musiała mieć związek z przyjęciem jak i z samym statkiem. Nie mógł go jednak znaleźć, rozważając sprawę i wędrując spojrzeniem po kolejnych egzemplarzach leżących na półeczkach.
Jeśli na wystawie tkwił jakiś “klucz”, to Gimrahil nie potrafił go odkryć.

Nie masz pojęcia kto mnie lizał!

Szpicer zatrzymał się słysząc te słowa. Powoli obrócił się w kierunku odrażającego przedmiotu. I mierząc go zimnym, analitycznym wręcz spojrzeniem, ironicznie spytał. - A chcę wiedzieć, bo? Wierz mi, nie fascynują mnie zboczone pomysły innych trepów.
- Nie nadajesz się, ale to nie szkodzi!
- Rzekł fetysz, chociaż jego usta się nie otwierały.
- Nie zamierzam cię lizać, to pewne. - Rzekł w odpowiedzi Gimrahil. I wzruszył ramionami. - No to się pochwal, któż taki cię lizał? - Nie ma to jak bezczelny mimir ze zboczeniami na temat cudzych jęzorów.
- Sama Pani Bólu! - Krzyknął, a jego szwy zdawały się wirować wokół paszczy. - A co, jeśli to ja jestem tym, czego tutaj szukasz?
- Wiesz, to by było trudne. Bo Pani Bólu, nie ma języka, tylko żelazną maskę. No... Ale załóżmy, że był z ciebie taki lizaczek. To czemuż ona cię lizała? -
Gimrahil co prawda owej władczyni nie widział jeszcze na oczy, ale znał ją dobrze z opisów. Bo tych krążyło po Sigil wiele.
- Terefere, skurle i cwele, co ty tam możesz wiedzieć o Pani Bólu. - Odparło gadatliwe coś. - Tak czy inaczej, po coś tu chyba przyszedłeś, tak?
- Po misję. Po Próbę. -
wzruszył ramionami gnom niespecjalnie przejmując się zachowaniem przedmiotu. - Tak właściwie, to po cię lizać? Na smacznego nie wyglądasz.
- Szpicuj lizanie! Co za uparty trep z ciebie.
- Oburzyła się trupia głowa. - Myślę, że akurat ty powinieneś się tym zainteresować, krwawniku. -

Nagle powietrze wokół zgęstniało. Gnom wiedział co to za uczucie, bo zdarzyło się tak, iż w Sigil już kilka razy poczuł takie coś. Wydawało się, iż otwierał się portal... Ale wewnątrz fetysza! I tak oto z jego oczu wyciekło trochę szlamu z planu parażywiołu szlamu, a w ust pociekła woda z planu żywiołu wody. - No więc jak będzie, skusisz się? Przecież nie wyglądam na jakąś durną głowę trepa, który nie wie co mówi śpiewka!
- Dobra dobra... Tylko nie baw się tak, gdy cię wsadzę do kieszeni. Nie chcę mieć mokrych spodni przez twe popisy. -
burknął Szpicer biorąc łepek do ręki. - A tak w ogóle, to masz jakieś praktyczne zastosowanie, poza brudzeniem podłogi?
- Poczekaj aż przyjęcie się rozkręci... -
Wyszeptał fetysz, po czym pozostał już cicho.

(img)

Planarna Łajba od środka wyglądała jak sala jakiejś karczmy; Laurel w pierwszej chwili się zdziwił- nie znał wielu Tonących, ale ci, których znał byli raczej dość mroczni i jednocześnie agresywni. Otaczające go zaś tutaj istoty emanowały raczej radosną lekkomyślnością. Zastanowiwszy się nad tym dwa razy doszedł do wniosku, że w sumie nie ma się czemu dziwić- dekadencja i entropia od zawsze szły ramię w ramię. Nie spodziewał się jednak, do jakiego stopnia.
Większość otaczających go Tonących i ich gości była raczej elegancko ubrana, Laurel jednak nie czuł się zażenowany swoim prostym strojem. Kiedy poczuł ciepło, zdjął jeno swój ciemny płaszcz i zwinąwszy go starannie schował go w sarongu, pozostając w samym keikogi i kilcie; miał nadzieję, jako że były zbliżone odcieniami szarości, komplet może uchodzić za tunikę. Nie dbał szczególnie o swój wygląd (czego najlepszym dowodem była na wpół zdredziała, kudłata grzywa, jaką się obnosił), ale nie chciał uchodzić za ignoranta i chama. Po chwili zastanowienia związał też włosy- cóż, większość z nich- płócienną wstążką.
Zakrążył po sali, a złapawszy jakiś kufel poprosił jednego z alubiesów obsługujących antałki o coś lekkiego i orzeźwiającego. Skłonił się elegancko kilku mijanym istotom, w tym przebiegającemu mu drogę zającowi- grzeczność nic nie kosztowała, a w Sigil często rzeczy nie były tym, na co wyglądały (choć jego mistrz mawiał, że wbrew pozorom jest wręcz przeciwnie, wszystko było *dokładnie* tym czym być powinno, a trepy po prostu uwielbiają nadinterpretacje). Zając w każdym razie obdarzył go sympatycznym spojrzeniem i również skłonił łebek, nim ruszył swoją drogą.
Laurel spojrzeniem starał się trzymać Longbarristera, na wypadek gdyby mefit zdradzał przejawy chęci podzielenia się jakąś szerszą wiedzą na temat potencjalnej pracy, szybko jednak o nim zapomniał, kiedy stanął przed drzwiami, których górna część framugi głosiła w prostych runach ‘Różnorodna Kolekcja Najróżniejszych Różności’.
Pomieszczenie przypominało trochę muzeum, a trochę galerię. Wokół Laurela stoły, półki, stojaki i piedestały uginały się wręcz pod naręczami najróżniejszych przedmiotów pochodzących ze wszystkich stron Wieloświata. Wiedziony swą obieżysferską ciekawością z radością zagłębił się w to bogactwo, myszkując to tu, to tam pod czujnym okiem kilku Tonących. Jeszcze kilka osób bobrowało w tym niezwykłym miejscu, nie zwracał jednak na nie większej uwagi, kompletnie pochłonięty niezwykłą kolekcją. Nagle coś przykuło jego uwagę. Księga, na pierwszy rzut oka dość niepozorna, spoczywała sobie na jednym ze stołów nie wzbudzając niczyjego zainteresowania- wyczulone zmysły Laurela jednak poczuły, jak tomiszcze niemal nagina jego wolę, by tylko zwrócić na siebie jego uwagę. Zaintrygowany podszedł bliżej i złapał za leżącą obok notatkę z opisem eksponatu. ‘Księga o nieznanej nazwie, znaleziona niegdyś przez, niech cień Pani go omija tudzież świętej pamięci Fudżina Al-Qaďďimura. Legenda głosi, iż przynosi ona szczęście i rady każdemu, kto przypieczętuje z nią przedwieczny pakt, którego warunki znane są tylko księdze i użytkownikowi’, wyczytał. Przejechał palcami po wysłużonej okładce i poczuł pod opuszkami delikatne mrowienie; w końcu ciekawość wzięła górę i mężczyzna otworzył tomiszcze.
W pierwszej chwili nie stało się nic- stronice w środku były w dużo lepszym stanie, niż zapowiadała to oprawa księgi, ich zawartość jednak na pierwszy rzut oka wzbudzała zawód, a wzbudzała  go z tej prostej przyczyny, że żadnej zawartości nie było. Stronice były puste. Laurel jednak nie dał się nabrać i cierpliwie czekał; po chwili doczekał się nagrody: stronice zaczęły się skręcać i falować, szemrząc cicho, a szmer ów przypominał mu płynącą wodę. Skojarzenie było nad wyraz celne, gdyż kilka uderzeń serca później falujące strony zamieniły się w prawdziwe fale, leżąca przed nim otwarta księga zaczęła przypominać portal do żywiołu wody, która szemrząc jęła przelewać się przez jego *krawędzie*, na stół i podłogę. Laurel rzucił okiem na stojącego w pobliżu *kustosza* Tonących, ten jednak zdawał się nic nie dostrzegać. Kiedy wrócił do księgi, iluzja zniknęła, a na jej miejsce pojawiła się czysta pierwsza stronica, na której po chwili rozkwitły litery, jak gdyby pisane niewidzialna ręką. Ułożyły się one w słowa ‘Weź mnie’.
Nie bardzo wiedząc jak to rozumieć, Laurel wziął tom w dłonie. Stojący nieopodal strażnik widział to doskonale, więc Laurel nie obawiał się, że będzie wzięty za złodzieja- w zasadzie chciał podejść i poprosić o możliwość porozmawiania o księdze z jakim ważniejszym Strażnikiem Zagłady, może Longbarristerem... Longbarrister! A niech to Baator pochłonie! Zupełnie zapomniał, po co tu przyszedł! Ile czasu spędził w tej galerii..? W tym momencie jego rozmyślania zostały przerwane, a umysł przeszedł znajomy dreszcz.
Laurel, który nieomylnie wyczuwał w swoim otoczeniu aurę portali, natychmiast zlokalizował źródło dziwnego uczucia- jeden z innych zwiedzających, blondwłosy gnom we wdzianku barwy wina stał kawałek dalej konwersując z czymś trzymanym w dłoni; spomiędzy jego palców popłynęła przez moment woda. To coś było źródłem aury portalu, choć portal się nie ujawnił. Laurel postanowił chwilę poobserwować gnoma kątem oka.
Po chwili pojawiła się kobieta githzerai, którą wcześniej pozdrowił i oboje wdali się w konwersację, z której chciwe uszy Laurela wyłapały fragmenty takie jak ‘główka mnie wybrała’ czy ‘kazali szukać zadania’. Szlag by trafił, czyli przeoczył jakieś wydarzenie na wiecu. Kiedy kobieta i gnom skończyli rozmowę, Laurel- nie wypuszczając księgi z rąk- skierował swoje kroki w stronę tego ostatniego.

(img)

Oczy Th'amar rozbłysły - oto sytuacja nareszcie zaczynała się klarować, a (pozornie?) przypadkowe spotkanie z Sa'alnem mogło zbliżyć ją do tętniącego tajemnicą serca wydarzenia. Bez wahania ruszyła w stronę wskazanych drzwi, pchnęła je mocno. Skrzypienie, z jakim ustąpiły, zawierało w sobie ni to drwinę, ni to ostrzeżenie... Nagle cofnęła się jak oparzona. Znajdujący się w sali gnom jak gdyby nigdy nic chował jeden z eksponatów do kieszeni, najwyraźniej usiłując sobie przywłaszczyć sekret, który właśnie miał się przed nią ujawnić.
- Co się tu dzieje? - zapytała, jedynie by pokrzyżować nie do końca jasne plany gnoma.
Gnom spojrzał przez ramię na kobietę i taksując jej wygląd, wzruszył ramionami.
- Trupia główka mnie wybrała. Chyba nie chce się jej tkwić na wystawie.

Githzerai spojrzała głęboko w oczy gnoma, szukając weń kłamstwa.
- Fakt, iż jest ona *trupią* główką nie wskazuje na możliwość wyboru, jaką zdajesz się ją obdarzać.
- Fakt, że to ona pyszczyła do mnie, przeczy twej teorii. - stwierdził gnom wyraźnie zblazowanym tonem. - A ty co? Kustoszka tego muzeum? Kazali szukać zadania, no to znalazłem... trupią główkę. A właściwie to ona znalazła mnie. A ty co znalazłaś?
~ Tak, jak się spodziewałam - kłopoty ~ pomyślała.
- Czyżbyś *znał* dokładne polecenia Esekiela Longbarristera? - nawiązała do zadania, o którym gnom musiał również zostać powiadomiony.
- Nie zwołano nas na pokład tej krypy, by znaaaaać polecenia. Tylko by je odkryć. - Szpicer westchnął pod nosem. Niektórzy bywali twardogłowymi w ogólnym znaczeniu tego słowa. A i... trochę go irytowało to, że ta kobieta przyczepiła się do niego jak... rzep do psiego ogona.
Th’amar raz jeszcze zmierzyła gnoma pełnym wzburzenia spojrzeniem. Nie miała najmniejszego zamiaru wzywać straży; nie uśmiechało jej się też dłuższe marnowanie czasu. Bądź co bądź, Tonący sami prosili się o katastrofę.

Podniosła wzrok na skarby wszystkich Sfer. Czy Straż Zagłady mogła zdobyć któreś z nich... w Limbo?

- Hej! - Nagle główka, jakkolwiek cicha do tej pory i udająca głupią, ku zdziwieniu githzerai przemówiła. - Nie widzisz, że to zwykły złodziej?! No przecież kradnie mnie z wystawy jak jakiś trep, nawet pozwolenia nie dostał! - wrzeszczała, chociaż jakimś cudem nikt nie mógł go usłyszeć.
- Szpicuj się, trupołepku. - gnom ścisnął mocniej główkę. - Gdybym  już  miał kraść, to wybrałbym coś ładniejszego niż zasuszony łepek goblińskiej staruchy. Jak dalej będziesz pyszczył to wrzucę cię do wazy z ponczem i podam jakiemuś ogrowi w ramach popitki. Ciekawe czy ci się w jego żołądku spodoba.
Po czym uśmiechnął się wrednie, spoglądając na trzymaną w dłoni główkę. - Już wiem,  ty chcesz żeby ona cię polizała, ty nieumarły fetyszysto.
- Jestem fetyszem, nie fetyszystą, ty szpicowany trepie - w tonie jej głosu zdawało się usłyszeć nutkę zirytowania. - Skończ z tym lizaniem; no to jak będzie, macie tutaj chyba jakiś konflikt, czyż nie?
- Jaki konflikt? Jak będziesz mnie dalej wkurzał, niedorobiony łbie, to cię wsadzę z powrotem na wystawę i wtedy błagaj innego skurla o ratunek - burknął gnom i dodał stanowczo: - fetysz też może być fetyszystą.
Th’amar przypatrywała się całemu zajściu z miną jednoznacznie wyrażającą bezbrzeżne zdziwienie, bezskutecznie poszukując jako komentarza odpowiedniego przysłowia jej Ludu.
- Chyba lepiej będzie, jeśli zostawię was *samych*. Wygląda na to, że wyjątkowo dobrze się rozumiecie...
- Hej, nie! Czekaj! - zwrócił się fetysz do Th’amar. - Może jednak ty mnie poniesiesz? Chyba nie przyszłaś na ten wiec, bo ci się znudziło? - Ton głosu główki był już niemal błagalny, ale czy szczery, tego nie można było określić.
- Mówiłem? Fetysz fetyszysta. Ale przynajmniej z dobrym gustem - zawyrokował gnom i spojrzał na kobietę. - Przedmioty ze świadomością nie powinny leżeć bezczynnie. To niegodne.
Th’amar skrzywiła się, uświadamiając sobie nagle, że absurdalność sytuacji była prawdopodobnie metodą, przy pomocy której Tonący chcieli wciągnąć ją w wir kolejnych wypadków. Niespodziewanie Sa’aln wydał jej się nadzwyczajnie bliski, co jeszcze bardziej pogarszało sprawę.
- No to jak będzie, gith? - rzekł fetysz. - On jest po prostu w szpic niski, nic stąd nie widzę!
Popłynęła na fali zniecierpliwienia, oddalając się w stronę kolejnych półek, co gnom skomentował krótko:
- Widzisz? Brak ci siły przekonywania. Więc ciesz się, że chociaż ja się zlitowałem.
I wsadził główkę do kieszeni spodni, po czym ruszył się przyjrzeć kolekcji “magicznych śmieci”, bo czymże innym mogły być niepilnowane skarby?

(img)

Wertując coraz to kolejne półki wielkiej kolekcji, nagle trafiła ona na moigno - ot, przyrząd z Mechanusa, czy też stworzenie, na tamtym planie nie miało to wielkiego rozróżnienia, chociaż coś ją zainteresowało... Moigno to, jakkolwiek dwuwymiarowe, wcale nie było przeciętnym przedstawicielem swojej rasy. Latało tu i tam bez ładu i składu, a gdy podeszła bliżej... Zaczęło się odkształcać! Siedząc wciąż jedynie w dwóch wymiarach, jak to typowe moigno, latało wokół, czasami znikając z jej oczu, ponieważ przedmiot ten nie posiadał głębokości, a więc patrząc nań z boku nic nie było widać. Po chwili uświadomiła sobie, iż przedmiot ten odkształcał się coraz mniej i mniej, gdy jej myśli się uspokajały po uprzednim spotkaniu z nadzwyczaj dziwną parą gnoma i fetyszu. Uświadomiła sobie, iż moigno to było tak naprawdę żywą, choć dwuwymiarową, materią chaosu. Githzerai niczym zahipnotyzowana wyciągnęła dłoń, próbując złapać... moigno? Karach?

Rzecz ta wydawała się być dość trudna do uchwycenia - oczywiście zważywszy na fakt, iż miała ona tylko dwa wymiary, gdy złapało się je z boku, palce najzwyczajniej prześlizgiwały się, tak jakby się tam zupełnie nic nie znajdywało. W końcu jednak udało jej się pochwycić pożądany przedmiot. Przestał on zmieniać formę gdy ona zechciała, by przestał. Ustabilizowała przedmiot, pragnąc na chwilę przyjrzeć się jego naturalnej strukturze. Jakie mogło być jego - zarówno dawne, jak i obecne - zastosowanie?
Oczywiście prócz faktu, iż to dziwne stworzenie, czy też konstrukt, nie posiadało głębokości, zdawało się przy okazji w jakiś sposób emitować magiczną energię. Th’amar nie była w stanie dokładnie określić jakiego rodzaju energia to była, ale odniosła przez chwilę dziwne wrażenie, jakby jej dłonie się zmieniały; jakby były częścią tej materii chaosu. Oczywiście po lekkim zastanowieniu się nad sytuacją i odzyskaniu świadomości okazało się, iż tak naprawdę nic się nie stało. Tak czy inaczej było w tym obiekcie coś ciekawego, ale nie potrafiła dokładnie powiedzieć co. Wolała jednak odkryć to, zanim i moigno *wybierze* gnoma. Postanowiła, że po prostu zapyta o to Longbarristera lub Tisdoveska, ale jeszcze nie teraz... jeszcze nie teraz...
Wytężyła wszystkie siły, aby *nieco* zmodyfikować przedmiot. Początkowa chęć prostej zmiany jego koloru ustąpiła zaraz znacznie bardziej fascynującej możliwości stworzenia dlań trzeciego wymiaru.

Moigno, wyraźnie nie pochodząc z Mechanusa, jako iż było skonstruowane z zupy chaosu, zdawało się odkształcać głównie przy gwałtownych myślach. Gdy Th’amar uspokajała się, moigno stawało się bardziej okrągłe, a gdy wręcz nakazywała temu czemuś zmianę kształtu, przedmiot wydłużał się i rozciągał. Niestety wszelkie próby utrzymania jakiejkolwiek formy moigno tak, by nie wracała do swojej pierwotnej postaci, nie przynosiły skutku. Próby stworzenia trzeciego wymiaru dla obiektu wydawały się równie niemożliwe, zważywszy na fakt, iż prawa fizyki nie działały jak magia.
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #7 dnia: 6 sty 2014, 18:37:59 »
(img)

Uthilai był bardzo zaniepokojony. Oferta była co najmniej niezwykła, ale jego doświadczenie we wpadaniu w ślepaki, nakazywały mu ostrożność. Sam pomysł rozdawania artefaktów postronnym narzucał mu przynajmniej kilka pomysłów jak może mu to przysporzyć kłopotów. Tylko jedno mogło skłonić go do podjęcia ryzyka.
- Jaka będzie zapłata za opiekę nad tymi przedmiotami? - spytał się zająca.
 - Cóż... - Rozpoczął zając, zanim jeszcze odszedł. - Zapłata jak zapłata, nie chcemy nic obiecywać, ale śmiałku wiedz, że gadasz ze Strażą Zagłady, tutaj cała frakcja ma do ciebie zobowiązanie. Zobaczymy jak zaczniesz, zobaczymy jak ci będzie szło i zobaczymy jak skończysz, potem pomyślimy o zapłacie. - Uśmiechnął się, przynajmniej na tyle na ile mógł się uśmiechnąć zając. - A teraz wybacz mi, jest jeszcze wódka, która sama się nie wypije.
~ Jasne... aroganckiemu gryzoniowi może się wydawać, że wszyscy w Klatce powinni lizać Straży stopy, ale nie jestem na tyle tępy żeby dać się skroić na “zapłacę później, jeśli dobrze się spiszesz”.
Aasimar uśmiechnął się do podróżnika, który stał obok. Tacy ludzie byli rozsądni, skoro trepy poszły bezmyślnie oglądać błyskotki to może oni wyciągną coś ciekawego z faktotumów.
- Każdy kumaty krwawnik widzi, że szykuje się coś dużego. Może lepiej zainwestować w najlepszych i sypnąć trochę brzdęku w ramach zaliczki - zwrócił się do mefita. Trochę zablefował, nie był jakimś mocarnym wojem, ale nic nie szkodziło trochę się potargować.
- Hej, słuchaj. - Zaczął, dość zresztą obojętnie, mefit. - My też jesteśmy ludźmi, pomyśl o tym z mojej perspektywy, jeszcze nawet nie wiesz do końca o co chodzi, nie będziemy tutaj płacić śmiałkom za zupełnie nic, jak się obznajmisz z cieniem tego wszystkiego to wróć, może pomyślimy o tym trochę inaczej. - Zdawał się być już nieco zmęczony, zresztą faktol już go do siebie wzywała. - No, wiesz, jak nie chcesz brać roboty to nie musisz, możesz się schlać jak reszta, ale ten wiec jest raczej dla kumatych.
Przysłuchujący się rozmowie Zarif wybuchnął śmiechem słysząc wypowiedź Longbarristera. “My też jesteśmy ludźmi” brzmiało co najmniej dziwnie w gronie złożonym z kró... zająca, mefita i dwóch sferotkniętych.
- Mam wrażenie, że to jakiś kant i próbujecie nas w coś wkopać... - Rzekł za odchodzącym Esekielem. - Ale przecież bez ryzyka nie ma zabawy, prawda? - Zwrócił się do aasimara i wyszczerzył zęby, które wydawały się być jeszcze bielsze od jego skóry.
Nie tracąc czasu na pogawędkę ruszył w stronę drzwi, które przekroczyła wcześniej githzerai.

Trudno, Uthilai nie spodziewał się właściwie niczego innego. Trzeba było w końcu ruszyć się do tego pokoju z różnościami i dowiedzieć się o co dokładnie chodzi. Obiecywał sobie tylko, że niczego nie dotknie. Pamiętał co ostatnim razem spotkało go, gdy przypadkowo wplątał się we frakcyjne interesy.
Obrazek jaki zobaczył w galerii był nietypowy nawet jak na klatkowe standardy. Gnom z gadającą trupią główką i githzherai łapiąca... latający dysk ?
~ Bardzo... osobliwe... nie zaszkodzi rozejrzeć się samemu po tym składziku ~ pomyślał. Magiczne przedmioty może i były w Sigil na porządku dziennym, ale zebrana tutaj kolekcja była wyjątkowa. Uthilai uważnie czytał każdy opis. “To-Tamto” zwróciło jego uwagę. To dziwne coś miało kształt... gruszki. Nie, to nie było jabłko z przeciągnięciem u góry, po prostu określenie kształtu tego przedmiotu było równie trudne co określenie kształtu gruszki. Nawet szczegółowe oględziny nie dały mu żadnej wskazówki czemu to może służyć. Pomogła dopiero mała tabliczka z wyjaśnieniem.
“To-Tamto nie jest przedmiotem bezużytecznym, ale nie jest także do niczego używany. Magowie wszechświata (tutaj jakaś bardzo niezgrabna ręka domazała pod spodem “debile i twardogłowi”) głowili się nad określeniem czym jest ten przedmiot. W końcu trafiono na pewnego modrona z Regulusa, który dał jasną odpowiedź na to pytanie, a brzmiała ona “dwanaście”.

Mimo, że w galerii było wiele innych równie fascynujących bibelotów uwagę aasimara ponownie ściągnęła przedziwna grupka. Wszystko wskazywało na to, że mieli zamiar zwiać z kilkoma cudeńkami. Jakkolwiek głupio to nie brzmiało trupia główka miała największe szanse na poproszenie o pomoc. O to chodziło mefitowi? Uthilai nie był pewien, ale nie miał zamiaru przegapić okazji by się dowiedzieć.

(img)

Genasi wchodząc do pomieszczenia starał się robić wrażenie nonszalanckiego, jakby bywał tu nie raz. Całkiem nieźle mu to szło, widać, że miał wprawę w byciu aroganckim bufonem. Mimo tego zdradzały go oczy - szeroko otwarte, z uwagą przyglądające się każdemu eksponatowi. Początkowo zaciekawił go dorsz kiwający łbem w takt muzyki, lecz dojrzał coś znacznie bardziej intrygującego - nietłukący się talerz! Nie mógł się powstrzymać przed tym, by go przetestować!

Zarif zamachnął się i cisnął talerzem w stół, na którym uprzednio leżał. Na początku nic się nie stało - ot, przeciętny, nietłukący się talerz, po prostu położył się płasko na powierzchni blatu. Gdy już zaspokoił ciekawość, poszedł dalej, badać kolejne eksponaty. Metr dalej usłyszał, jak coś twardego i porcelanowego pęka i rozpada się na kawałki. Ale nie raz, a wiele, wiele razy, porcelana sypała się wokół, a małe fragmenty niszczały i rozdzielały się z hukiem na jeszcze mniejsze. Chyba jakiś Tonący to usłyszał, tym samym popędził w stronę, z której ów hałas dochodził. Cóż za ironia, by kłaść “nietłukący się talerz” w galerii “Straży Zagłady”, która chciała... No cóż, wszystko zgładzić.
- Ta... Entropia. Pomyleńcy - skomentował przyglądając się dziełu zniszczenia, po czym ruszył szybszym krokiem jak najdalej od miejsca wypadku, udając, że nic się nie stało. Właściwie, to go tam przecież nie było prawda? Nawet nie słyszał o czymś takim jak talerze.

Podczas dalszego zwiedzania zaciekawił go... właściwie, to ciekawiło go tu wszystko! Kłótnia gnoma z maleńką główką, dziwaczna księga, całe półki kompletnie nieprzydatnych, lecz niewątpliwie magicznych przedmiotów.
Miał wrażenie, że spędzi tu najbliższe kilka godzin.
Chętnie wyniósłby coś ze sobą, lecz po wypadku z talerzem Tonący najpewniej będą czujni. Postanowił więc porozmawiać z innymi zwiedzającymi. Może dowie się czegoś nowego?
Jego uwagę zwrócił mężczyzna, wcześniej przyglądający się księdze. Teraz wesoło sobie szedł z tomiszczem pod pachą.
~ Bezczelny z niego złodziej... ~ Przemknęło mu przez myśl. Postanowił podążyć za nim, zastanawiając się co rzeknie człek, gdy wpadnie na jakiegoś Strażnika Zagłady.

(img)

Kiedy kobieta i gnom skończyli rozmowę, Laurel nie wypuszczając księgi z rąk podszedł do tego ostatniego uśmiechając się przyjaźnie
- Witam, mości gnomie! - Zwrócił się do niego - Bądź pozdrowiony! Miano moje Laurel, i chciałbym zając minutę twego czasu, jeśli łaska. Niechcący usłyszałem fragment rozmowy, która się tu przed chwilą odbyła, i wychodzi na to, że przybyliśmy tu dziś wszyscy w tym samym celu... Najwyraźniej jednak ominęło mnie wyjaśnienie części założeń zadania, którym nas tu dziś obarczono. Usłyszałem coś na temat bycia *wybranym* przez pewne przedmioty w tym niezwykłym muzeum, i mam wrażenie, że właśnie mnie to spotkało... Czy byłbyś tak miły, dobry panie, i naświetlił mi nieco cień tej sprawy?
W tym momencie przerwał mu huk roztrzaskiwanej porcelany. Jego uwagę przykuł również albinotyczny mężczyzna o efemerycznej urodzie, udający, że to nie jego sprawka. Niee, to nie albinos ~ pomyślał Laurel przyglądając się jego oczom i włosom. Raczej jakiś genasi.
- Naświetlił? - Gnom spojrzał na Laurela tak antypatycznie, jakby miał na czole napisane ‘szpicuj się’ - Nie powinieneś sam dojść do celu swych rozważań, zamiast szukać drogi na skróty?
- Może i masz racje, mości gnomie... - Laurel skłonił się uprzejmie - *Zapewne* masz rację... - Dodał ciszej, jakby do siebie, po czym zrobił krok wstecz i odwracił się od swego rozmówcy, który najwyraźniej nie miał ochoty mu pomóc. Idiota! Kretyn! ~ Wyzywał sam siebie w myślach ~ Masz za swoje, nieuważny trepie, zamiast pilnować Longbarristera zwiedzaj sobie okolicę! Teraz sam zgaduj, o co może tu chodzić!
Nieco zdesperowany Laurel już miał podejść do Strażnika Zagłady pilnującego muzeum i poprosić o możliwość zabrania księgi przed oblicze mefita bądź Pentar celem wyjaśnienia niepokojących go kwestii, kiedy jego uwagę zwróciła napotkana wcześniej kobieta githzerai. Tym razem, pouczony przed momentem przez swego niedoszłego rozmówcę, zdecydował się obejść temat dookoła.
Kobieta githzerai kombinowała coś z moigno, przedstawicielem ludu logicznych bytów z Mechanusa, z którym to ludem Laurel miał okazję się już kiedyś spotkać... I nie wspominał tego dobrze. Tylko to moigno tutaj dziwnie się zachowywało - co prawda, nie byli na Mechanusie, ale i tak raczej dziwnym było, że stała logiczna, która kształtowała stworzenie, dawała się zmieniać kobiecie siłą umysłu niczym karach - wychowany przez githzerai Laurel potrafił wyczuć, że to właśnie kobieta robi. Inna sprawa, szło jej opornie.
Skończywszy rozmowę z gnomem, Laurel zwrócił się do niej
- Pozdrawiam cię, dzierżąca miecz! - Zagaił. - Albo ‘nosząca szpilę’ - Dodał ciszej i z uśmiechem, mając nadzieję, że jego żart nie będzie potraktowany obraźliwie. Kobieta obrzuciła go wzrokiem jakby lekko zaskoczona, że to nie inny githzerai się do niej zwraca, po czym powiodła po nim spojrzeniem, na sekundę dłużej zatrzymując go na jego mieczu. Choć schowany w pochwie - wciśniętej sploty długiego, wąskiego pasa przyozdobionego motywem ostrorośli, którym Laurel był kilkukrotnie, skomplikowanie owinięty - niewątpliwie jako githzerai wyczuła emanującą z niego aurę karach. Coś jakby błysk zainteresowania w jej oku wzbudził fakt, że widoczne fragmenty miecza nie były barwne, czy opalizujące feerią odcieni jak karach miało w zwyczaju - były szarobure niczym głaz.
- Pozdrawiam cię - rzekła ostrożnie.
- Nie chciałem przeszkadzać - Wytłumaczył jej Laurel - Chciałem ci tylko rzec, pani, uważaj z tym moigno. Niepokojone mają tendencję do *oślepiania* przeciwnika paraliżującym strumieniem równań, dość nieprzyjemne doświadczenie, którego miałem okazję posmakować... A to moigno tutaj w ogóle wygląda dość niezwykle...
Po czym Laurel, skłoniwszy się kobiecie, wycofał się na odległość wystarczająco bliską, gdyby chciała porozmawiać, a jednocześnie pozostawiając jej dość przestrzeni gdyby nie miała na to ochoty.
- Wydaje się zupełnie bezpieczne - ożywiła się kobieta. - Przynajmniej dopóki sama mam o nim takie mniemanie... Ponieważ wygląda na to, że - w pewnych granicach - mogę utrzymać je w określonej formie... lub nadać mu nowy kształt.
- Zachowuje się bardziej jak karach, niż jak ucieleśnienie mechanuskiej logiki, nie uważasz? - Laurel wpatrywał się w dziwne moigno, po chwili jednak wrócił spojrzeniem do swojej rozmówczyni - Dziwna rzecz... Wiadomo mi o istnieniu moigno *wyobrażonych*, których właściwości powinny być zbliżone do tego tutaj... Ale one istnieją tak długo, jak długo ktoś nie zakwestionuje ich *istnienia*, więc tego tu już powinno nie być...
Zastanawiawszy się, jak podejść temat *bycia wybranym przez przedmiot* Laurel zerknął bezwiednie na niewdzięcznego gnoma.
Uchwyciła jego spojrzenie.
- W jaki sposób stałeś się *przeciwnikiem* tamtego?
- Przeciwnikiem? - Zdziwił się, jednocześnie myśląc o tym, że tak jak on podsłuchiwał ich dwoje, tak jego rozmowa z gnomem była równie dobrze słyszalna dla kobiety - Nie, pani, nie wydaje mi się, żebyśmy byli przeciwnikami. Choć muszę przyznać, nie jest to najprzyjaźniejsza osoba jaką w życiu spotkałem.
Śmiał się szczerze, wracając spojrzeniem do wijącego się przed nimi moigno - Czyżby to moigno wybrało ciebie, pani? - Spytał kobietę, mając w duchu nadzieję, że nie widząc za bardzo o czym w zasadzie mówi, pyta celnie, co pozwoli mu jakoś rozpocząć rozmowę na ten temat - Spróbuj z nim pomówić, miast naginać je do swej woli. Powinno rozumieć normalną mowę, choć nie oczekiwałbym płodnej konwersacji... Może jednak wysłucha twoich słów.
Githzerai ujęła moigno w dwa palce, z głębokim westchnieniem uwolniła je z objęć swych myśli. Próbując zignorować uczucie nieznośnej lekkości, z jakim wiązał się kontakt z owym dwuwymiarowym przedmiotem, zapytała wprost:
- Czy mnie słyszysz?
Moigno nie odpowiadało; nie dawało choćby najmniejszej odpowiedzi. Ot, po prostu było.
(img)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 826
  • Wiadomości: 2399
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Planarne Okruchy
« Odpowiedź #8 dnia: 6 sty 2014, 18:39:15 »
(img)

„Uśmiech mam po mamie.”
 - Syn Tashy.


Wygłodniałe umysły ścieliły gęsto salę główną; a mówiąc „wygłodniałe”, należało rozumieć oczywiście tych śmiałków, którzy przyszli się tutaj pożywić nie jedzeniem, a pewnym sekretem Straży Zagłady. Ba, kilku z nich się nawet udało dowiedzieć tego li tamtego, zaglądając do niesławnej galerii dziwnych przedmiotów, ale to nie tam miał się potoczyć kulminacyjny moment przyjęcia. Otóż zdarzyło się tak, iż goście, którzy się tu znajdywali, postanowili wszcząć działania ku przygotowaniu wszelkich i wszelakich przedstawień improwizowanych. Ot, pierwszaki przebrały się za klauny: trefnisie przyodziali ubrania a mimy maski, tanar’ri rozebrały się do naga tańcząc i podskakując, a jakaś grupka satyrów, która pojawiła się jakby znikąd, miała przyłączyć się do nich później. Oczywiście nie brakowało także wszelkiej maści magów li czaromiotów, którzy zaczęli popisywać się swoimi fajerwerkami, choć ich entuzjazm szybko zgasł, gdy jacyś Tonący zamartwili się o to, co mogłoby się stać z Planarną Łajbą. Gdzieś tam z boku zamajaczył jeszcze jakiś zmiennokształtny, zabawiający się swoimi przeróżnymi formami, transformując się to w mysz to w rakszasę.

Co ciekawe, i co zauważyli także wszyscy znajdujący się w Różnorodnej Kolekcji Najróżniejszych Różności, abowiem drzwi były duże a naprzeciw nich widać to było wyśmienicie, do leżącej na obszernej, zdobionej wszelakimi płachtami sofie Pentar dołączyła niedługo postać kolejna. Otóż nie zważając na spojrzenia osób wokół, podeszła tam spokojnym krokiem kobieta zupełnie naga. Nie miała na sobie żadnego ubrania, pomijając maskę na twarzy, toteż skóra jej, pięknie mieniąca się złotem, odbijała światło wszelkich świec wokół. Była niewątpliwie osobą zgrabną, ba, mało powiedzieć, iż wszyscy mężczyźni wokół nagle poczęli patrzeć się na nią pożądliwie, a kobiety oscentacyjnie. Miała także półdługie włosy koloru bardzo ciemnego, głębokiego kasztanu, a po obu stronach jej głowy zwisały dwa sploty włosów ozdobione pierścieniami i wstęgami, opadając swobodnie gdzieś do obojczyków lub nieco poniżej. No i oczywiście wenecka maska przykrywająca jej twarz, koloru nie mniej nie więcej rubinu, lśniła oświetlana tak jak i jej skóra. Kobieta podeszła do Pentar, stąpając delikatnie samymi opuszkami palców po podłodze.

Tak się składało, iż Th’amar wiedziała doskonale kim ta osoba jest. Otóż naga postać, która właśnie teraz zasiadała tuż koło faktol Straży Zagłady zwała się dumnie „Kensirke”. Stało się bowiem, iż kobieta ta wsławiła się wśród pewnych mistycznych kręgów swoim niebywałym zamiłowaniem do Chaosu, gdzieś tam w Limbo zabłysła ona jako mag chaosu. Co ciekawe, nie wyglądała na Chaosytkę. Cóż, co prawda nie uznała ona za stosowne ubrać się w cokolwiek, przychodząc na przyjęcie, niemniej większość xaosytów to byli szaleńcy i nieobliczalne osobowości. Ona jednak zdawała się nad wyraz spokojna, Pentar rozpoznała ją szybko i zaproponowała, by ta usiadła tuż koło niej na zdobionej sofie, a następnie skosztowała nieco wina; ta nie śmiała odmówić. Z tej odległości oczywiście usłyszenie co też jest tematem rozmowy było wyczynem niemożliwym, szczególnie dlatego, iż wokół ludzie krzyczeli a orkiestra grała w najlepsze, ale tak prócz tego, jeszcze jakiś nadpobudliwy zając począł wymiotować gdzieś pod stołem w galerii. Skończywszy nawet nie pokwapił się by spojrzeć na znajdujących się w środku ludzi, najzwyczajniej w świecie wyszedł, a wówczas ktoś go zawołał.

 - Hej, Tisdovesk! – Wrzasnął znajdujący się na drugim końcu sali kaduk o aparycji ekscentrycznego młodzika bez gustu w kwestii ubioru. – Chodź no tu i mi pomóż, do ciężkiego szpica!

 - Spierdalaj! – Odrzekł zając, a w jego głosie dało się usłyszeć już tylko niezmierzone pijaństwo.

(img)

· Przypowieść o Kensirke ·

Wokół było zdecydowanie cicho, a orzeł siedzący na krześle wyjadał resztki ze swojej miski, bulgocząc przy tym, gdy zanurzał dziub w krwi i mięsie. Prócz niego znajdował się tam oczywiście ten helleniki, przygotowywując się do skończenia roboty, jaką zaczął już w sumie długi czas temu. Mężczyzna podrapał się po zasklepionej bliźnie, która go niebywale swędziała od kilku klepsydr, a następnie przyodział on jedną ze swoich szat w kolorze marmuru. Podszedł do stołu, na którym leżało nieżywe, czy może raczej nigdy jeszcze nie żyjące, truchło, bedące niezmiernym dowodem jego bezsilności. Jedna z nóg była jeszcze nieskończona, urywała się bowiem gdzieś w kolanie. On jednak nabrał w garść glinę z leżącego obok wiadra i spłaszczył ją o nogę. Surowiec natychmiast zastygł, przylgnąwszy do nogi, on tymczasem chwycił w jedną rękę dłuto a w drugą młotek, i zaczął rzeźbić…

 - Nareszcie. – Rzekł, mimo wszystko niebywale przygnębiony, odprowadzając ciało do magazynu.

„Nie ma miejsca dla „dwójek” w świecie jedynek i zer; nie ma miejsca dla „być może” w przybytku prawdy i fałszu, oraz nie ma „zzielenienia z zazdrości” w czarno-białym świecie.”
 - Ravela Szaradna.

· Laurel · Gimrahil · Uthilai · Th’amar · Zarif ·

Kensirke zniknęła raptem w tłumie, a kilku śmiałków w galerii zapoznało się ze sobą już na dobre. Muzyka oczywiście grała dalej i jakby nie zapowiadało się na to, by przyjęcie miało się skończyć. Ktoś niemniej postanowił zrobić małe przedstawienie w centrum tego wszystkiego. Ot, kilku jegomościów przebrało się za dziwaczne, może trochę groteskowe postaci w zdobionych srebrną nicią szatach, a na głowy powkładali oni wielkie maski czaszek li czartów; nie minęła chwila, a zagrabili sobie sam środek hali i przekonali orkiestrę, by nieco przycichła. Byli to Fanatycy Słowa, zaproszeni przez Tonących podróżni poeci, których „przedstawienie” traktować miało o rozkładzie i entropii. Tak też na sam środek wyszła najpierw kobieta w srebrnym szczawiu z wielkim, orientalnym wachlarzem w ręku i rozpoczęła opowieść, recytując ją prawdziwie pięknie.

(img)

 - Istniał kiedyś świat, w którym żył Lud. Nie lud ludzi czy lud githów, po prostu Lud. Niestety kraina w której przyszło im egzystować, kraina bez jakiejkolwiek nazwy li określenia, spowita w bezkresnej szarości i agonii była boleśnie przygnębiająca i wyniszczająca. Nie było możliwe, by dało się tam żyć w miejscu, bowiem za nimi zapadał się świat, a okruchy i pył które z niego zostały tworzyły drogę do przodu. Cały plan, na którym istniał Lud najzwyczajniej zabijał sam siebie, a potem odradzał się, ciągnąc się w nieskończoność. Ale wszystko co pozostawiło się na drodze w końcu spadało w bezdenną otchłań, nie był to bowiem żaden fragment świata. Lud bardzo szanował istotę śmierci i tradycja nakazywała, by okazać najwyższy respekt zmarłym przodkom. Tworzyli oni krzyże, trumny, nagrobki, ale nie mogli ich zostawić w miejscach, w których zostały one stworzone, bowiem przepadły by na zawsze. Lud wziął ze sobą wszystkie monumenty umarłych i zawsze stawiał nieustępliwie opór straszliwemu, pożerającemu wszelkie życie światu. Ludzie umierali ze starości, z głodu bądź zabici okrutnością krainy, ale Lud nigdy się nie poddał, pielęgnował najwyższe tradycje swej przeszłości, szanowali zmarłych do końca. Umarłych było coraz to więcej i więcej, Lud niósł na swych ociężałych ramionach ciała praojców i kamienne grobowce tych, których ciała nie miały już szansy przetrwać i rozpadały się w proch: ten także podróżował wraz z nimi w urnach i słojach. W końcu jednak monumentów było zbyt dużo, by Lud mógł je unieść. Kraina pożerała istnienie szybciej niż oni mogli się ruszyć, niosąc ze sobą nagrobki. Historia tego świata skończyła się, gdy Lud umarł, nie chcąc nigdy zapominieć o zmarłych, przypłacając to życiem…

(img)

Brawa niosące się z dłoni Tonących wstrząsnęły Planarną Łajbą, a ludzie oddali cześć opowiadaczom, szczególnie tej pierwszej, która przekazała opowieść o koczowniczym Ludzie. Światła zostały na chwilę zaświecone, aboim wcześniej lekko je przygaszono by poprawić nastrój, ale zaraz potem usłyszeć można było tylko bezskładny krzyk, jaki wstrząsnął łodzią.


 - Pentar nie żyje! – Wrzasnął na całe gardło jakiś młodzik, wskazując na zwłoki faktol Tonących. Leżała samotnie na zdobionej sofie, cała pocięta i rozcharatana niemal na kawałki. Członki leżały swobodnie, a posoka cieknęła po podłodzie. Kawałki uciętych włosów mieszały się z krwią, pływając w niej gdzie tylko tworzyła kałuże, a blada niczym mleko cera ukazywała, iż w żyłach nie ostała się choćby kropla. Oczy jej były bezbarwne i obrócone ku górze, usta zaś otwarte a dłoni zaciśnięte.

 - Co-się-stało-kto-tak-krzyczy?! – Podbiegł jeden trep.

 - Pentar-faktol-nie-żyje-kto-to-zrobił-ukatrupić-mordercę! – Zaczął wrzeszczeć inny.

 - Harmonium-to-sprawka-Harmonium-zajebali-naszą-faktol-wyrżnąć-ich! – Rzucił się jakiś Tonący wnet z nożem w łapie ku pierwszemu lepszemu twardogłowemu jaki stał tuż obok niego.

Nie minęła chwila, a wokół rozgorzała bitwa. Chaos spowił wnętrze Planarnej Łajby, gdy w ciągu jednej klepsydry padły oskarżenia, jakoby Harmonium miało coś wspólnego ze śmiercią Pentar, a ci w odpowiedzi chwycili za swe buzdygany i panzerbrechery odpowiadając siłą. Krew miała polać się niedługo wzdłuż i wszerz, ale całe to danie między dwoma frakcjami przyprawiło dołączenie się wszystkich innych gości. Nagle to klika wraz z Bogowcami ruszyli przeciw twardogłowym, którym z kolei na pomoc przyszli wszelcy zgromadzeni tutaj Guwernanci i czerwona śmierć. Zważywszy iż wszystko działo się tuż koło Zbrojowni, Straż Zagłady stanowiła tutaj oczywiście większość, dlatego ci drudzy zaczęli być zapędzani coraz bardziej w róg, ale szanse się wyrównały, gdy inne frakcje postanowiły się dołączyć do rzezi, a z okazji skorzystały githyanki, rzucając się na wszystkich githzerai oraz tanar’ri, sięgając za oręż na widok przygotowywujących się do walki baatezu. Kilka chwil potem nie było już słów, w ruch poszły topory, noże i młoty, wnętrzności przyozdobiły posadzkę, a strugi posoki polały się po ścianach i twarzach. Oto zaczynał się chaos…

(img)
(img)