Autor Wątek: Psychodeliczna lingwistyka  (Przeczytany 440 razy)

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 852
  • Wiadomości: 2424
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Psychodeliczna lingwistyka
« dnia: 19 lis 2016, 22:34:37 »
Eksperymentowałem w tym roku trochę z psychodelikami (dlatego Ghoster zniknął, ćpał po kątach przez rok aż stwierdził, że dość) i muszę powiedzieć, że specyfika pewnych substancji była naprawdę ciekawa z lingwistycznego punktu widzenia. Dla tych co mogą nie wiedzieć: środki odurzające bardzo zmieniają zarówno używanie jak i odbieranie mowy (jak alkohol działa każdy chyba wie, inne rzeczy są ciekawsze). Postaram się tutaj to tak pokrótce opisać dla zdeprawowanych potomnych.

Dawki LSD do 200ug:
Postrzeganie języku jest naprawdę ciekawym doświadczeniem. Poczynając od bardzo prostych wrażeń typu odczuwania słów przez różne zmysły (niekoniecznie te podstawowe - nigdy nie miałem tak, że "widziałem słowa" ani nic z tych rzeczy, ale odbieranie mowy na LSD jest bardzo mocno połączone z odczuciami łączącymi się z tymi słowami. Kilka razy pewne wyrazy (szczególnie dość pierwotne - istniejące w jakiejś formie w języku od dawien dawna) wydawały się śliskie, lepkie, gładkie, mokre. Na ogół rozciąganie się dźwięków w czasie bardzo ładnie pokazywało jak dane dźwięki pozostają w naszej pamięci, a jak brzmiały naprawdę (po słuchaniu kogoś przez 3 godziny non stop kładłem się potem do łóżka nadal słysząc bełkot tej osoby w uszach - doświadczenie raczej dziwne i głupie niż interesujące - chociaż głos, który słyszałem potem był zdecydowanie wyższy i bardziej piskliwy. Ważna rzecz: na LSD wszelkie wypowiadane słowa mają drugą stronę medalu. Jeśli zastanowić się odpowiednio głęboko, to do *każdego* zdania wypowiedzianego przez kogokolwiek, a już na pewno do pojedynczych wyrazów określających jakąś wydarzającą się sytuację można przypisać drugie dno. Paranoiczne, z podtekstem seksualnym, żartobliwe, jaki stan akurat dominuje w głowie ten wpłynie na postrzeganie słów innych, ale siatka połączeń kojarzeniowych między wyrazami niesamowicie się zaostrza i znacznie łatwiej jest znaleźć powiązania z różnymi innymi słowami/konceptami myśli. Rzucam takim bardzo luźnym pomysłem, że mogłoby to służyć jako środek zwiększający pomysłowość dla ewentualnych etymologów. Poza tym ogólne wrażenie niesamowitości słów, które potem często okazywało się być doświadczeniem raczej wydarzającym się w głowie niż faktycznie sensownym. Przy odpowiednim skupieniu na LSD można usłyszeć naprawdę cichutkie szepty czy bez większych trudności rozmowy w bardzo głośnych miejscach - pomaga bardzo nie tyle w skupieniu, co w zrozumieniu, że wystarczy zwrócić całą swoją uwagę na słowa danej osoby, by ją usłyszeć nawet w niesprzyjających warunkach. Do tego stopnia, że często wydawało mi się to nierealne. Gdyby tego było mało, to substancja ta dodatkowo sprawiła, że potrafiłem nie usłyszeć słów drugiej osoby (nie być świadomym jak brzmiało zdanie, które skonstruowała), ale wciąż być w stanie wyłapać z wypowiedzi wydźwięk emocjonalny, to jest zaczepność, flirtowność, żartobliwość (bardzo uświadomiło mnie to doświadczenie w tym jak poszczególne języki radzą sobie z konstrukcjami gramatycznymi - odnosi się wrażenie, że mówiąc to samo zdanie w różnych językach można do nich kompletnie inne drugie dna przypisać - podkreśla to bardzo moją niegdysiejszą teorię o tym jak ludzie w różnych językach odmiennie myślą i jak im się używane przez nich słowa kojarzą).

LSD 600ug:
To już było ciężkie doświadczenie. Wokal w muzyce w pewnym momencie zaczyna brzmieć jakby był modyfikowany w programie muzycznym (zmienianie pitchu, zniekształcenie dźwięku, ogólne wrażenie "rozlewania się rzeczywistości audialnej pochodzenia nie-bezpośrednio-ludzkiego"). W takim stanie nadchodzi w końcu moment, kiedy słowa są troszeczkę niezdolne do opisywania rzeczywistości wokół - brakuje określeń na rzeczy, które zaczynają się dziać, emocje, które się odczuwa (odniosłem wrażenie, że wszystkie znane mi języki mają po prostu za mało odcieni znaczeniowych w różnych synonimach oraz po prostu nie posiadają wyrażeń na pewne ekstremalne emocje/połączenia emocji). Język ogółem zaczyna umykać określaniu rzeczywistości, szczególnie przez pierwsze pięć godzin. Potem jest lepiej, z odpowiednią dozą stanowczości można w bardzo swobodny sposób kontrolować swój głos (mówić niżej, wyżej, artykułować poprawnie głoski, zwracać większą uwagę na swój aparat mowy i być bardziej świadomym tego co i jak się mówi). Odniosłem wrażenie, że jeśli ktoś ma otwarty umysł na tyle, by na LSD nie zwariować (ale no, może nie 600ug), to substancja ta mogłaby służyć do leczenia wad wymowy, które nie wynikają z fizycznych defektów aparatu mowy. Nawet i nie samych wad wymowy, co pomocy w nauce poważniejszego, stanowczego tonu głosu (w tym stanie po prostu bardziej się to wszystko czuje, łatwiej zwrócić uwagę na pewne elementy i jest wrażenie łatwiejszej nad nimi kontroli), chociaż być może marihuana też może mieć podobne zastosowanie "medyczne", a jest o wiele lżejsza. Mongolski śpiew gardłowy w tym stanie brzmi genialnie.

DOC 2mg:
Straszna jajecznica lingwistyczna. Wrażenie, jakby każde słowo było rozciągnięte, śliskie, obślizgłe wręcz. Słowa ociekają (dosłownie) obrzydzeniem, chorym wyobrażeniem fonetycznym większej części języka. Uczucie niesamowitości słów jest przedziwne (słowo "Bóg" jest w tym stanie obmierzłe, "świat" giętkie, głoska [i] szydercza). Żadnych wartości naukowych, nie polecam się nawet interesować.

DMT:
Rzeczywistość jest całkowicie inna, jakiekolwiek opisy lingwistycznych wrażeń same w sobie już uciekają definicji w takich stanach. Na tej substancji słyszy się głosy, ale nie do końca zewnętrzne, raczej jakby przemawiały duchy z innych światów - nie w żadnym znanym języku, po prostu jakby w umyśle posługiwały się najczystszym, zrozumiałym każdemu człowiekowi konceptem języka - gramatyką i fonetyką absolutną, która nie musi być wyrażona poprzez usta i odebrana przez uszy, formą transcendentnej komunikacji. Lingwistyka szamanistyczna to będzie moje podsumowanie.
« Ostatnia zmiana: 19 lis 2016, 22:38:47 wysłana przez Ghoster »
(img)

Offline Caraig

  • [ˈkaɾɪɣ]
  • Pomożesze: 89
  • Wiadomości: 318
  • Country: nl
  • Conlangi: immarejski, lutracki
Odp: Psychodeliczna lingwistyka
« Odpowiedź #1 dnia: 20 lis 2016, 00:09:41 »
Nieźle, leci duży SOG, aż sam nabrałem chęci spróbować.
Testowałeś jeszcze jakieś inne substancje?

Offline Ghoster

  • لا إله إلا الله و محمد رسول الله
  • Pomożesze: 852
  • Wiadomości: 2424
  • Country: sa
  • Conlangi: Padmarański, Szangryjski, Imfursyjski
Odp: Psychodeliczna lingwistyka
« Odpowiedź #2 dnia: 20 lis 2016, 08:00:45 »
Marihuanę, która jest bardzo podobna do LSD, tylko po prostu tysiąc razy słabsza (no i na niej ludzie brzmią raczej normalnie - stany niesamowitości mogą sprawiać, że wrażenia są inne, ale w gruncie rzeczy nie zmienia ona zbytnio percepcji językowej - chociaż kto wie, może po prostu po próbowaniu mocniejszych rzeczy ta używka stała się "zwyczajna"). No i hasz, ale jak dla mnie nie ma większej różnicy między nim a marihuaną.

Z psychodelików jeszcze próbowałem Changi, które jest takim DMT także podzielonym na tysiąc. Wrażenie ożywionej rzeczywistości (czucia energii życia w otoczeniu wokół, widzenia jej we wszystkim co otacza człowieka - przedmioty zdają się mówić, chociaż znów - nie słyszy się żadnych konkretnych słów, które możnaby zapisać w trakcie czy po), Chociaż fakt faktem słowa innych ludzi, szczególnie przez pierwsze kilka minut (DMT i Changa trwają jakieś 15-25 minut maksymalnie) zdają się być wypowiadane z niewyobrażalną warstwą spokoju, są też słyszane jakby lekko "w tunelu". Przedziwne choć bardzo miłe uczucie. Tryptaminy nie mają jednak wielkiego potencjału zrozumienia czegokolwiek w tematach lingwistycznych (no chyba gdy ktoś chce pojąć co na myśli mają lingwiści mówiący o "gramatyce uniwersalnej", to jest to najlepsze tego zobrazowanie. Ważna jest jednak świadomość jednej ważnej prawdy - te rzeczy nie sprawią, że zacznie się rozumieć coś, czego nie jest się w stanie zrozumieć. Psychodeliki, a w szczególności tryptaminy, nie pokażą nic więcej niż to, co może/chce/potrzebuje się zobaczyć), ogółem ten konkretny rodzaj substancji nie uważam nawet za narkotyki, bo występuje naturalnie w ciele ludzkim i doświadczenie kompletnie nie zmienia tożsamości osoby je zażywającej w przeciwieństwie do chyba wszystkiego innego. Dla samych wrażeń językowych nie brałem niczego, bo nie taki jest cel używek. Ale, znów, tryptamin nie traktuję jako narkotyków, a jako doświadczenia z pogranicza świata materialnego i wymiarów duchowych. Szczególnie DMT daje bardzo szamanistyczne wizje, których się nie da określić w żaden wyobrażalny sposób, za to oddziałuje na życie zawsze potem. O ile ktoś, oczywiście, owych duchów posłucha. Jak kiedyś spróbuję Ayahuaski, to myślę, że będę mieć trochę więcej do powiedzenia na temat lingwistycznych odczuć na tryptaminach niż lovecraftowe "niewyobrażalne uczucie nie do opisania", bo po prostu trwa dłużej i nie wystrzeliwuje świadomości i ego do niemożliwie transcendentnej katedry na obrzeżach rzeczywistości.

Poza psychodelikami brałem amfetaminę, mefedron (podobno), kokainę, ketaminę, ketonal, kodeinę, MDMA. Z tych wszystkich rzeczy wspomnieć mogę jedynie o tym, że mefedron niesamowicie spłyca wszelkie ludzkie rozmowy (wrażenie, jakby rozmawiało się o czymś ważnym, podczas gdy pierdoli się niesamowite głupoty, które nie mają tak naprawdę głębszej wartości), a MDMA samej percepcji lingwistycznej co prawda nie zmienia (bo de facto powoduje po prostu bardzo swobodny przepływ serotoniny do mózgu), może conajwyżej trochę szumić w uszach od bezustannego uczucia orgazmu na całym ciele, ale za to wypowiadane słowa są bardzo często przesiąknięte życzliwością, uprzejmością, zauroczeniem może nawet innymi ludźmi - mówi się więc bardzo często komplementy innym, wypowiada się pozytywnie o ich wyglądzie czy psychice, ogółem mówi się rzeczy od serca. Ale to raczej z działu psychologii niż lingwistyki czy nawet psycholingwistyki.

Żeby jednak nie było nieścisłości: nie polecam brać nikomu tych rzeczy jeśli nie wie w miarę co robi. Ja pewnych rzeczy spróbowałem i po prostu postanowiłem je tutaj językowo opisać, bo może się to zdawać interesującym dla co poniektórych. Działanie żadnej z tych substancji nie ogranicza się jednak do odczuć lingwistycznych, rzadko kiedy są one na pierwszym planie, a warto też zwrócić uwagę, że te krótkie opisy pisała osoba bardzo zainteresowana tematami językowymi (trochę jednak czasu na tym już upadłym na duchu forum byłem). Doświadczenia na tych narkotykach zdecydowanie przerosną kogoś, kto chce je wziąć tylko i wyłącznie dla wrażeń lingwistycznych. Stymulanty nie dadzą z mojego doświadczenia absolutnie żadnych wyższych prawd (no chyba że MDMA, ale to empatogen bardziej), kwas prędzej roztrzaska wszystkie znane koncepty społeczne w głowie używającego bądź pokaże mu bardzo zniekształcony, dualistyczny obraz rzeczywistości dzielący ją wpół w wielu aspektach życia, niż sprawi, że używający będzie się uczył przydatnych rzeczy językowo (rozmawiałem w tych psychodelicznych stanach po polsku, angielsku i holendersku, żadnych szczególnych wrażeń, które można wynieść do trzeźwości mi to nie dało tak naprawdę). Branie DOCów czy nie daj boże Dragonfly'ów (których na szczęście nie brałem i nigdy nie chcę) trwających po dwadzieścia godzin bądź więcej dla wrażeń lingwistycznych... No cóż, chyba tak naprawdę wrogowi nawet bym nie polecał, bo naprawdę robią jajecznicę z mózgu, szczególnie z postrzegania relacji z innymi ludźmi i, przede wszystkim, całym społeczeństwem, odnajdywaniem siebie w nim.

Zakładam, że łysiczka lancetowata oraz muchomor czerwony (i oczywiście wszelkie X-huaski, chociaż co to są za wrażenia to zakładam, że nawet nie umiem sobie wyobrazić) mogą jeszcze wprawiać w bardzo psychodeliczne stany pełne ciekawych wrażeń lingwistycznych, jeśli kiedyś spróbuję, to o tym napiszę.

Ale to ma być raczej informacja niż zachęcanie. W używkach się nigdy nie zgubiłem jak, wydaje mi się, naprawdę spory odsetek użytkowników, ale co bardziej spostrzegawcza dusza zrozumie, że tak dużo jak one dają, tak dużo potrafią odebrać i trzeba znać umiar. Jest to powód dla którego robię sobie teraz półroczną przerwę od czegokolwiek, bo jedna rzecz jest bardzo prawdziwa w nagonce na narkotyki - niektóre z nich mogą się spodobać tak bardzo, że mogą niszczyć życia. Samego zniszczenia życia nie doświadczyłem ani ja, ani też żadna ze znajomych mi osób, ale faktem jest, że używki (szczególnie psychodeliki w moim doświadczeniu) potrafią zajmować naprawdę dużo miejsca w głowie (na stymulantach ludzie się po prostu dobrze bawią - prócz MDMA mnie to nigdy nie kręciło - na psychodelikach jest masa wrażeń, z których można poznać własną naturę, zrozumieć jakim jest się człowiekiem; w moim przypadku zacząłem zauważać jak to stało się już wymówką by próbować większych dawek, bo "a nuż pojmę więcej na temat istoty ludzkiej i jej roli we wszechświecie" - łatwo się w tym troszeczkę pogubić. Zapewne w życiu będę jeszcze eksperymentował z kosmicznymi dawkami LSD oraz tymi psychodelikami, których nie spróbowałem, ale ten temat to trochę takie właśnie wyrzucenie z siebie myśli, by nie zalegały w głowie i nie okupowały myślenia w okresie absolutnej abstynencji.

Jakby ktoś jednak przymierzał się do takich doświadczeń, to możecie śmiało pisać. Doradzę, przestrzegę czy zwrócę uwagę ku ciekawym aspektom. Ale nie zachęcam do niczego, oczywiście, oraz życzę samych najlepszych doświadczeń pełnych nauki i życiowej mądrości.
(img)