Autor Wątek: Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni  (Przeczytany 294 razy)

Offline Reiki98

Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni
« dnia: Październik 02, 2019, 01:58:00 »
Witam! Jeśli ktoś czytał moje posty nt. historii Higanii (Higania- jej opis i historia), będzie wiedział, jaki okres omawiamy. Rzecz dotyczy historii związku wielkiego reformatora, kanclerza Higanii - Lāsó Imaó i Muni Paló, poślubionej mu jako gwarancja pokoju między opozycją rodów obszarniczych, a rządem centralnym. Częściowo oparta na toku wydarzeń higańskiego serialu "Chaóweni" ("Przeszywające łzy") z 2015 r., którego szkic znajduje się w jednym z zeszytów.
Zapraszam serdecznie do lektury i gotów jestem na porady i krytykę!

ROZDZIAŁ I-Niczym burza o poranku



Słońce miało się już ku zachodowi, gdy ze skrzypieniem otworzyła się żelazna, bogato zdobiona brama prowadząca wprost do rządowej rezydencji. Przeszedł przez nią, w otoczeniu wystrojonej eskorty, młody mężczyzna w nieco zakurzonej kolczudze obitej skórą i zakrytej szkarłatnym kaftanem. Spod ciężkiego hełmu wyglądały długie kosmyki czarnych, zaniedbanych włosów. W jego oczach odbijały się potworne zmęczenie i niewyobrażalne przeżycia z właśnie zakończonej wojny. Dowódca miał zamiar za chwilę wreszcie odświeżyć się i zaszyć się w głębi zacisznych pawilonów, lecz  z rozmyślań wyrwał go  nagle znajomy głos.
-Naóki! To ty, mój chłopcze! – krzyknęła z zapewne udawaną radością ciotka młodzieńca, Shiri.
-Witam, Pani Wewętrznego Pawilonu. Za chwilę pojawi się cała reszta, o czym informuję z nieskrywaną radością. – z należnym szacunkiem odpowiedział Naóki nielubianej ciotce.
Po chwili otworzyła się większa, pomalowana na błękit i złoto, centralna brama rezydencji. Gwardia rządowa ubrana w czerwone kaftany na czele z orkiestrą i dowódcami w ciemnobłękitnych zbrojach i hełmach z pióropuszami czekała na tę chwilę od dawna. Gdy brama się otworzyła, młody, najwyżej 30-letni dowódca gwardii wyciągnął szablę z inkrustowanej perłami pochwy, po czym wykrzyknął:
-Baczność! Idzie Jego Ekselencja Kanclerz!    
W otoczeniu ceremonialnych palankinów i lektyk z posążkami bóstw, uzbrojonych od stóp do głów wojskowych ze sztandarami i ubranych na czerwono młodych służących sypiących radośnie płatki róż i astrów wszedł na plac urodziwy młodzieniec w paradnej, mosiężnej zbroi i hełmie z bażancim pióropuszem, wystającym niemal nad wojskowe sztandary. Istotnie był to kanclerz Jego Cesarskiej Mości,  - Lāsó Imaó, który dopiero co skończył wyniszczającą wojnę z rodami obszarników pragnących obalić go i zastąpić którymś z kuzynów, obojętnie jakim, ważne, by był całkowitym zerem i skupiał się a wszystkim innym, a nie na rządzeniu. Młody przywódca nie mógł na to pozwolić.
Kanclerz rzucił kilka pokrzepiających i szumnych słów do żołnierzy, po czym ceremonia dobiegła końca. Wszyscy mogli wreszcie wypocząć i pokrzepić się jedzeniem, jakiego nie znali od wielu miesięcy. Mężczyzna prędko dołączył do kuzyna Naókiego i swej matki.
-Synu, niech bóstwa mają Cię w opiece, jakie szczęście, że z nami jesteś!- radośc Shiri nie było końca.
-Również się cieszę, droga matko. – odparł wyraźnie wyczerpany Imaó.
- Na pewno było ci tam bardzo ciężko. Każda chwila dnia była dla mnie przepełniona zamartwianiem się o Ciebie, o Naókiego, o wasz los. – westchnęła matka kanclerza.
-Jesteśmy tu, już możesz być spokojna. Pomówimy o czymś przyjemniejszym, ale teraz wybacz, droga matko, muszę się odświeżyć. – chwilowo pożegnał się młody urzędnik.

Kolacja powitalna mogła wykarmić całą biedotę stolicy. Najróżniejsze dania z ryżem i mięsem, ostre i słodkie sosy, makarony, nadziewane jaja, pierożki i sorbety. Widok tak pięknie przyrządzonych dań skusiłby największego niejadka. Zwłaszcza, jeśli podstawą wyżywienia w ostatnich miesiąciach byłay ziołowa zupa i surowy ryż. Imaó ze smakiem pochłaniał kolejne potrawy, choć bez entuzjazmu rozmawiał z gośćmi i bliskimi.
-Na łąkach środkowych równin mogliśmy liczyć tylko na padłe przepiórki, które podkradaliśmy lisom.- próbował przerwać drętwą ciszę Naóki.
-Nie było wam łatwo. - udawał współczucie jeden z wysokich rangą wiceministrów ubrany we wzorzyste jedwabne szaty.
-Wojna to pasmo udręk i krwi. Kto zdoła je przeciąć, jak nie ten, co  mieczem włada? Czyśmy skazani na koło cierpień bez końca?- inny dygnitarz zacytował wiersz antycznego poety.
-Nawt najgorsze rzeczy, których tam dokonaliście, dokonaliście dla dobra kraju.- przekonywał młody dowódca stołecznej policji w granatowej  koszuli z wysoko upiętym kucykiem. 
- A może pomówmy o czymś radośniejszym. – odezwał się niespodziewanie dotąd wydający się posępną osobistością  50-letni gubernator prowincji Gugúsè. – Na wojnie nie ma tylko cierpienia i płaczu. – ciągnął lekko podpity winem- Zawsze z jednej spalonej wioski można zabrać jedną całkiem ładną dziewczynę.
-Otóż to. Nikt o czym nie wiedział, nikt nic nie widział, a zabawić się można- wtórował mu zaproszony na kolację dworski arystokrata.
- Wrogom dać wycisk, a sobie upust, zawsze tak mówię. – donośnie wykrzyknął pulchny generał Luó Sani.
-Racja, nie wolno dawać tym dranio ani chwili wytchnienia. Wojna jest wojną, bez ograniczeń i miłosierdzia. Weź sobie żony i córki wroga, a zobaczysz jak zmięknie, każdy zna tę zasadę. – głosił swe prawdy oficjel, który wcześniej deklamował wiersz. – A Ty, co myślisz, chyba też tak uważasz, Imaó?- zapytał się kanclerza. Mógł sobie pozwolić na poufałość z racji tego, że wychowywał młodzieńca.
- Kanclerz jest człowiekiem rozsądnym. Zna realia wojny i co widział, już nie cofnie. Na pewno wziął sobie wiele branek, w końcu po co ma sobie folgować!- przekonywał ów pierwszy gubernator, a niemal wszyscy, prócz Shiri, Asó i Naókiego, głośno mu przytaknęli.
-Bez dwóch zdań!- wrzasnął pijany wykładowca Akademii Prawnej. – Powiedz, jak to było, generale Chinóm!

Przysłuchując się wywodom swych współpracowników kanclerz coraz bardziej zaciskał pięść, co nie uszło uwadze Naókiego i przyjaciela Imaó, Asó.
-Więc raz zdobyliśmy jedno miasto.- zaczął wywód generał.-  Każemy jeńców przywiązać do palących się słupów, a kobiety prowadzimy na plac. Biorę taką jedną, młodziutką. Ona błaga o litość, tak kwili jak ranny ptaszek. – naigrywał się wojskowy, a rechotom gości nie było końca. – Daję jej w twarz, ciągnę za włosy,  ale ona dalej wrzeszczy. Wtedy wiecie co się stało? Wiecie?- teraz większość gości śmiała się do rozpuku.
 – Z takimi trzeba zdecydowanie! Chłosta i to porządna! Ha ha! I ja wtedy prowadzę ją do mojego namiotu i …- wrzawę pijackich kpin przerwało nagle najgłośniejszy z możliwych huk uderzenia w stół. Imaó walnął pięścią kilkakrotnie. Wściekł się tak, że oczy mu się przeszkliły łzami. Spojrzał na wszystkich niemiłosiernie rechoczących wzrokiem bardziej niż nienawistnym i natychmiast opuścił bankiet.  Nie reagował na wezwania matki i przyjaciół.
 -Imaó, nie słuchaj ich, wróć dla dobra rządu!- prosił go na stronie Naóki.
Asó  podążył bez wahania za przyjacielem w głąb rezydencji. 
-Przyjacielu, powiedz, co cię tak dręczy. Czy chodzi o to, co się stało w ostatnich miesiącach?- spytał Imaó jego kompan.
Kanclerz milczał przez chwilę, po czym odrzekł wzburzony:- Każdego dnia, każdej nocy widziałem sceny gorsze od najstraszniejszych opowiastek. Nic nie odda tego, co tam się wydarzyło, rozumiesz?- krzyknął. – Co nocy budzę się z koszmaru z głośnym krzykiem. Moi żołnierze, ich żołnierze, wszyscy stali się zwierzętami, byli gorsi niźli bestie. Gdy słyszę, co mówią ci dranie…- załamywał się mu głos.
Przyjaciel objął Imaó.
-Już nie musisz się bać. Zrobiłeś, bo to było słuszne dla kraju.- pocieszał go Asó.
-Sprawa nie jest rozwiązana. Uderzą znów prędzej czy później. – wzdychał zmartwiony polityk. – To, co mówił ten bydlak o tamtej dziewczynie… Ale nie to było najgorsze. Wiesz co? Najgorszy był ten ich rechot. Jakby to, co jej zrobił, było tak normalne jak poranny ryż!- wściekły Imaó zrzucił wszystko, co leżało na pobliskim stoliku. -Nie odpuszczę mu tego.-dodał patrząc się w dal.


Imaó obudził się nieco niewyspany, z lekkim bólem głowy. Na stoliku w sypialni leżał ziołowy napar od służki, na który nie miał wcale ochoty. Wyszedł na dziedziniec i próbował wyładować swe nerwy na skórzanych workach, przebijając je ćwiczebnym mieczem. Po chwili uznał, że to bezsensowne i podążył do jadalni.
-Bracie, co się dzieje?- spytała zatroskana siostra, Wió. – Widzę, że nie najlepiej wyglądasz.
Imaó siedział pochylony nad miską parującego ryżu z wołowiną.
-Nic, wszystko w porządku.- uśmiechnął się, nie chcąc martwić ukochanej siostry. – Po prostu jestem trochę zmęczony.
-Musisz odpocząć po tych wszystkich przeżyciach- wzięła go za dłonie.
- Będzie na to czas. Teraz muszę trochę popracować. – odgarnął opadającą na bok grzywkę i chciał wstać od stołu.
-Bracie, prawie nic nie zjadłeś. Nie przemęczaj się, proszę. – martwiła się Wió.
-Mamo! Zobacz, jakiego mam ładnego drewnianego szpaka! – do siostry Imaó podbiegł jej synek, Chii. – Wujku, widzisz?
-Piękny, naprawdę, sam  go zrobiłeś?- pochwaliła go Wió.
-Tatuś mi trochę pomógł. – oznajmił chłopczyk.
-Pięknie go wykonaliście. Teraz możesz powiesić na szyi, mam tu sznurek, popatrz. – odrzekł do siostrzeńca Imaó.
-Jestem jastrzębiem i porwę twojego szpaka!- wbiegł do pomieszczenia Asó.
-Uciekajmy! – zaśmiała się Wió.

Rodzina oddała się radosnej zabawie, a lekko uśmiechnięty Imaó po cichu wszedł do gabinetu. Przebrał się w urzędowy strój złożony z jedwabnej ciemnoniebieskiej szaty waimi, karmazynowego kaftana i czarnych bawełnianych spodni, włożył czerwoną wysoką czapkę kaishim i poperfumował się wyciągiem z kwiatów jaśminu. Tak przyszykowany udał się pieszo do drewnianego jednopiętrowego budynku ze spiczastymi ciemnoniebieskimi dachami, będącego siedzibą Gaohó, Rady Stanu. Czekali już tam na niego  z raportem radcy stanu- najwybitniejsi prawnicy, wojskowi i dyplomaci na usługach ministerstw rządowych.


Imaó przysłuchiwał się dyskusjom bez entuzjazmu. Z lekkiego znużenia wyrwał go głos siwobrodego radcy z Ministerstwa Prawa.
- Uważamy, że powinien Pan, Panie Kanclerzu, potwierdzić w jakiś sposób umowę z nieprzyjaznymi wobec nas rodami. Kruchy rozejm zawarty pod presją czasu, jak wiemy, nie wystarczy.
-Słusznie, nasi przeciwnicy wykorzystają każdą naszą słabość, by znów zadać cios. Musimy podejść do sprawy zupełnie inaczej.- potwierdził  inny radca.
- I podjąć decyzję niecodzienną. – znów odrzekł starszy radca.
-Co przez to rozumiesz, radco Asayó?- zapytał się starca młodszy urzędnik od spraw wojskowych. Imaó spojrzał się uważnie na podeszłego wiekiem mędrca.
-Mniemamy- ciągnął starszy mężczyzna- iż najrozsądniejszym krokiem do udobruchania opozycji będzie, nie będę tu mnożył zbędnych słów, decyzja o ślubie.- z leciutkim uśmiechem przyznał radca. – I to jak najszybszym- dodał.
Kanclerz na te słowa niemal zakrztusił się popijaną właśnie herbatą.
-Małżeństwo? By ich udobruchać? Radco Asayó! Z całym szacunkiem...- zaczął się jąkać zszokowany szef rządu.
Wszyscy nagle zamilkli. Ponownie jednak odezwał się Asayó.
-W sytuacji patu, bo przecież tak zakończyła się ostatnia wojna, nie mamy lepszego wyjścia. Związek z córką któregoś z dygnitarzy naprawdę może polepszyć sytuację w kraju. Wszystko dla dobra publicznego. Wasza Ekscelencja, proszę o wyrozumiałość. Według mnie to będzie najlepsze wyjście z sytuacji- skłonił się.
-Panowie, dziękuję na dziś, jutro też będzie czas na rozmowę, zapraszam was. – drżącym głosem pożegnał się z doradcami Imaó. Wstał i gdy urzędnicy wyszli, nerwowo chodził po pomieszczeniu, patrząc na panoramę stolicy. Przed oczami nie miał jednak wspaniałych budynków i zacisznych parków, ale niejasną przyszłość. Przyszłość, która miała nadejść nieubłaganie.

Szef rządu, faktyczny przywódca 30-milionowego narodu, chodził podenerwowany po gabinecie w swej rezydencji z założonymi do tyłu rękoma i nie miał pojęcia, co począć. Jeśli odmówi radcom, mogą być niezadowoleni nie tylko oni i rozliczne koterie, ale i powiązani z rządem, jak i z wrogami mieszczańscy kupcy i plantatorzy. Kruchy rozejm, jak mówił Asayó, pójdzie w niepamięć. Czy chciałby znów widzieć krew i przemoc? A co, jeśli powie tak? Zwiąże na stałe ród swój i zaciekłych wrogów wszystkiego,co chciał wprowadzić w Niebiańskim Cesarstwie. Wniwecz pójdą wszelkie reformy i wyrzeczenia. Wprowadzi na swój dwór szpiega pod postacią córki któregoś z tych drani. Najważniejsze jest dobro jego rodziny. Jak ma to wytłumaczyć siostrze, przyjaciołom?
Do gabinetu Imaó wszedł Naóki. Zauważył, że znów coś dręczy kuzyna.
-Co tym razem, mój drogi? Znów sprośne uwagi jakiegoś wyniosłego gbura? Wszystko w porządku?- zatroskał się mężczyzna.
-Sprawy poszły za daleko. Zrobię dla was wszystko. Nawet coś tak nieprzewidywalnego, jak poranna burza.- krzyknął Imaó z entuzjazmem mieszającym się ze smutkiem.
- Ja… Naóki, ja chyba muszę się ożenić.
« Ostatnia zmiana: Październik 05, 2019, 21:36:26 wysłana przez Reiki98 »
 
The following users thanked this post: Henryk Pruthenia

Offline Henryk Pruthenia

  • Der Untermenschenbändiger
  • Moderatór
  • Wiadomości: 5 549
  • Thanked: 135 times
  • Pieśń Arjów!
    • Mój konlangerski dorobek
  • Konlangi: Ziemskie, Kyońskie, Adnackie; autor neszszszczyzny
Odp: Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 03, 2019, 23:11:33 »
Fajnie się zapowiada. Z uwag: przy opisach staraj się, by były fabularnie znaczące, to jest wszystko powinno być po coś. Polecam też przeczytać na głos wszystko, za dużo wtrąceń psuje rytm opowiadania. Ogólnie ciekawa fabuła (choć tekst tylko przeleciałem, mimo wszystko chińskie kulturowo opowieści to nie mój świat), zapowiada się, że Conlanger będzie szkołą pisarzy kiedyś :P

To chyba wszystko.

Offline Reiki98

Odp: Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 05, 2019, 21:37:18 »
Dziękuję za rady i dobre słowa, już wprowadziłem poprawki, jeśli zauważę coś jeszcze, w mig poprawię kolejne błędy. ;)
 

Offline Reiki98

Odp: Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 08, 2019, 00:18:07 »
ROZDZIAŁ II- Jak to się wszystko zaczęło

Naóki chwilę stał w milczeniu, jakby osłupiony, po czym przekrzywiwszy głowę, zdziwionym wzrokiem zaczął wpatrywać się w kuzyna.
-Imaó, ty, który byłeś od tych spraw zawsze dalej niż step od oceanu? Jak to się stało?
-Radcy na dzisiejszym spotkaniu powiedzieli mi to prosto w oczy. Chodzi o wewnętrzny ład, o, choć minimalną ugodę z opozycją. Poza tym, esz, jak ważne siły stoją za radcami.- wyjaśniał Imaó.
-A ty tak po prostu ich posłuchasz? Czy słuchałeś głosu rozsądku?- przekonywał go kuzyn.
-Naóki, sam nie wiem co o tym myśleć. Jednak bieg wydarzeń nie pozostawia mi żadnego wyboru. To jest już postanowione.
Kanclerski kuzyn, skłoniwszy głowę, opuścił gabinet z wyrazem twarzy mającym mówić "Zrób, jak uważasz".
Młody kanclerz udał się na krótką przechadzkę rozświetlonymi od lampionowych latarni ulicami centrum stolicy. To ostatni taki wieczór, w którym choć trochę mógł się poczuć swobodnie. Zapach jedzenia z tanich tawern i widok obdartych przekupek kontrastował z piętrowymi rezydencjami możnych. Mężczyzna, gdyby mógł, zostałby wśród zwyczajnych ludzi najdłużej jak tylko się da. Jednak wzywały go obowiązki.

Lśniący miecz wbił się w ciało błagającego o litość wojownika. Gdzieś indziej pocisk wystrzelony z kuszy przeszywał uzbrojonych w krótkie miecze piechurów. Wszędzie unosił się zapach krwi i tumany kurzu. Nagle z zarośli wyłoniła się grupa zamaskowanych wojowników...
-Nie! Zostawcie ich!- krzyknął przerażony Imaó, po czym zorientował się, że jest w swej sypialni. Nie chcąc dalej przeżywać koszmaru, chciał wyjść na dziedziniec, by popatrzeć na światło księżyca, które koiło jego nerwy. W drodze spotkał jednak Wió, ubraną w białą jedwabną koszulę nocną.
-Bracie, co tu robisz? Czyżbyś znów miał ten koszmar?- zatroskała się kobieta.
-Tak, ale nie martw się. Już wszystko w porządku.-uspokajał siostrę.
-Nie wyobrażam sobie, co musiałeś przeżywać na wojnie. Braciszku, pomyśl o czymś miłym i śpij spokojnie. Ja idę do Chii, zdaje się, że też nie śpi.
-Dobrze, kochana. Ucałuj go od wujka.- uśmiechnął się lekko brat Wió.

Nazajutrz Imaó zastał o poranku rodzinę w komplecie przy stole, co było rzadkością. Zjawiła się nawet Shiri.
-Witaj, synu.- przywitała się.
-Dzień dobry, matko. Jak się miewasz?- odparł kanclerz.
-Musimy chwilę później porozmawiać.
Po posiłku Shiri kazała Imaó udać się do jej pawilonu gościnnego. Ubrana w długą wzorzystą suknię kobieta zaczęła mówić, nim jej syn zdążył cokolwiek powiedzieć.
-Droga ma...
-Imaó, najdroższy synu. Doszły do mnie słuchy o decyzji twych radców.- matka kanclerza poprawiła się w fotelu i kontynuowała -Uważam, że ze wszystkich miar powinieneś podążać za ich dobrymi radami. Dlatego, niech wszelkie twe wątpliwości znikną, a umysł rozjaśnieje. Pomyśl o korzyściach dla naszego rodu, dla sytuacji w kraju. Winieneś się ożenić i to zrobisz. -stwierdziła Shiri. Syn wpatrywał się na nią pytającym wzrokiem, więc mówiła dalej.
-Otwartą pozostaje kwestia wyboru właściwej kandydatki.- Kobieta uśmiechnęła się zagadkowo.
-O kim myślisz, matko?
-Wiesz dobrze, kto naprawdę stoi za wszystkimi naszymi kłopotami. Ślub z córką generała Wibi Kisá  byłby okazją do rozpracowania wroga, a dla nich mirażem naszej ugodowości.-oznajmiła.
-Matko!- zdziwił się Imaó. -Czyżbyś chciała naszej zguby? Co to za decyzja?- zapytał przewrotnie zaszokowany.
-Masz lepszy pomysł?- odparła, myśląc, że pozbawiła syna wszelkich argumentów.

Młody szef Gaohó nie chciał dać za wygraną decyzji matki. Szczerze nienawidził generała i wszystkiego, co było z nim związane. Nie wiedząc, jak to się skończy, chciał zmusić Naókiego do wpłynięcia na Shiri, co było chyba niemożliwe. Kanclerz przechadzał się zdenerwowany pod rozłożystym jesionem, gdy zaczepił go Asó.
- Słyszałem, że kanclerz Imaó jest nieugięty niczym ten jesion. - zagadnął. - Więc na co czekacie, Wasza Ekselencjo? Na koń i w drogę!
-Ty... tak na poważnie?- spojrzał szeroko otwartymi oczami na szwagra.
-Nie, na żarty mi się zebrało. A teraz czekam, aż cię zapakują i ruszamy! Chyba nie chcesz, by narzucono Ci siłą córkę największego wroga?- wykrzyknął z entuzjazmem. Imaó na te słowa tylko lekko się uśmiechnął. Po godzinie ubrani w beżowe stroje polowe z purpurowymi obszywkami i opaskami utrzymującymi włosy na czole cicho opuścili teren rezydencji konno.

Shiri  w tym czasie zdążyła spotkać się z najważniejszymi ministrami i innymi osobistościami. Rada, że zdoła wpłynąć na rozejm, zdziwiła się wieściami od sługi.
-Pani Wewnętrznego Pawilonu! Do usług!- przyszedł do sali obrad Gaohó młody posłaniec.
-Gdzie kanclerz? Zawołaj tu go proszę.-rozkazała.
-Obawiam się, że to niemożliwe. Jego Ekscelencja Kanclerz obecnie nie przebywa na terenie rezydencji, Pani.- skłonił się nisko.
-Co takiego? Szukaj wszędzie!- krzyknęła.
Po jakimś czasie chłopak wrócił z takim samym stanem wiedzy. Wściekła kobieta rzuciła w niego czarką z parującą herbatą. Gdzie mógł się podziać jej syn? W tak ważnym dla rodu momencie...

Imaó i Asó przemierzali stołeczne aleje, by znaleźć się za chwilę na ubitym trakcie prowincjonalnym, chyba najlepiej strzeżonym w kraju, bo prowadzącym do największego jego miasta. Kanclerz napisał do matki i siostry krótkie listy, które kazał przekazać do kancelarii przydrożnym strażnikom z gwardii rządowej. Przyjaciele mknęli przez płaskie zabagnione tereny w pobliżu stolicy. Obliczyli, że wciąż tak jadąc, dotrą do prowincji  Daìrènk, a stamtąd, małym statkiem do Zāisāmhó. Postanowili przenocować w opuszczonej chatce rybackiej, by nie wzbudzać podejrzeń lokalnych władz. Imaó nie uśmiechało się mieć za sobą wzroku szpiegów matki.

Przyjaciół obudziło przestrzeliwujące radośnie przez gałęzie drzew poranne słonce.
-Wstawaj Imaó, pora ruszać w dalszą drogę.- budził go Asó.
-Dobrze, wstaję. Posłuchaj, czy Wió wie o naszej eskapadzie? Lepiej , by się niepotrzebnie nie martwiła.
-Powiedziałem jej, że ruszamy na inspekcję wojskową na kilka dni. Spokojnie, wszystko załatwione.- uspokajał szwagra.

Po południu kupiecki statek ze zbrojną eskortą odstawił ich na brzeg prowincji Zāisāmhó. Na rzecznej promenadzie uwijali się sprzedawcy wszystkiego, co istnieje- od kruszców przez żywność po egzotyczne ptactwo. Obaj, ponownie konno, incognito przemierzali ulice małego portowego miasteczka. Mieli jechać jeszcze dalej, by w stolicy prowincji, Cyómá, udać się do głowy rodu Iji. Imaó czuł coraz mniejszą motywację do przymusowego ożenku. Miał coraz większe rozterki i tyko dobro rodziny wciąż go trzymało przy trudnej decyzji. Mężczyźni na chwilę przystanęli, posilając się smażonymi warzywami z ryżem zakupionymi na straganie. Gdy ruszyli w drogę, zatrzymała ich nagła blokada ulic, zapewne w związku z jakimś rozbojem w mieście. Nagle spostrzegli wyłaniającą się zza budynków grupę zbrojnych. Wyciągnęl miecze, gdy wnet  wojownicy pokazali swoiste listy żelazne- tabliczki z podpisem Shiri gwarantujące bezpieczeńswo.
-No to już po nas.- pomyślał Imaó.
-Matka Waszej Ekscelencji niepokoi się o was. Dziś przybywa tu sam generał Kisá z córką na Festiwal Kwiatów. Pójdziecie z nami.- powiedział brodaty dowódca grupy.
-Więc po to te blokady- pomyślał Asó. - Nie mamy wyjścia. Tylko spokojnie.-mruknął do szwagra.

Imaó  niechętnie przebrał się w  swój wyjściowy malachitowy płaszcz z konturami białych kwiatów, z pewnością wysłany wojownikom przez matkę. Miał zamiar uciec stamtąd, lecz nie pozwalała mu ciągła eskorta "opiekunów". O palpitacje serca przyprawiała go myśl o spotkaniu drania Kisy i jego wyrodnych krewnych, największych przeciwników jego rządów. Zirytowany popatrzył na objadającego się pierożkami Asó.
-Co ty robisz, spływajmy stąd!- napomknął go cicho.
-Czekaj, to takie dobre.- oznajmił z pełnymi ustami Asó. Imaó przewrócił oczami.
-Zaczekaj tu, chyba mam plan. Mam dość kontroli mojej matki, jestem dorosły i jestem kanclerzem, do licha!- krzyknął do siebie.
Natknął się na brodacza, który wciąż obserwował syna Shiri.
-Na chwilę oddalę się na spacer, pozwolisz?- wypalił Imaó z udawaną kurtuazją.
-Ależ, Wasza Ekselencjo, za chwilę przyjdą miejscy urzędnicy z generałem, jak to tak...- westchnął strażnik.
-Tylko. Na. Chwilę. - poirytowany szef rządu próbował opuścić miejsce ich rozmowy.
-Obawiam się, że to niemożliwe, Wasza Ekselencjo.- przyłożył rękę do piersi wojskowy.
Imaó w tej sytuacji uciekł się do podstępu. Niepostrzeżenie skradł z targu myśliwski płaszcz, po czym w przebraniu udawał, że kradnie jedzenie. Kobieta krzykiem zaalarmowała wojskowych, którzy podążyli w tamto miejsce. Kanclerz tymczasem zrzucił płaszcz i pokazał się strażnikom, którzy i tak byli pochłonięci analizą napadu.

Wciąż zdenerwowany mężczyzna podążał wąskimi uliczkami. Nie miał zamiaru wracać teraz na główny plac. Patrzył się wściekły w ziemię i powtarzał niczym modlitwę przekleństwa rzucane to na Kisę, to na pomagierów matki. Przechodząc przez warstwy rozwieszonych tkani,  niespodziewanie zderzył się z kimś. Młoda dziewczyna prawie upadła, a ten chwycił ją za ręce. Ubrana w ametystową prostą suknię młoda kobieta wpatrywała się błękitnymi oczyma z lekko otwartymi ustami w Imaó. Ten szybko odłączył swoje od jej dłoni  i po chwili milczenia zdołał wycedzić:
-Ktoś ty?
-Ja... ja jestem Paló- odparła.
- A ja... Imaó.
« Ostatnia zmiana: Październik 08, 2019, 00:20:24 wysłana przez Reiki98 »
 

Offline Reiki98

Odp: Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 16, 2019, 23:46:38 »
Rozdział III- Błysk w twych oczach

Dziewczyna wpatrywała się w zmieszanego mężczyznę, najwidoczniej nie orientując się co do jego tożsamości.
-Wyglądasz na bardzo nerwowego, wszystko w porządku?- zapytała się. Imaó zdziwił się, że nieznajoma nie odeszła, lecz po chwili odparł z wyrzutem:
-Mam swoje sprawy. Zresztą co cię to interesuje?
Paló wciąż patrzyła się w niego lekko zatroskanym wzrokiem. Nagle kanclerz spostrzegł w oddali znajome twarze- to byli jego strażnicy. Zaczęli się zbliżać, ale Imaó nie miał zamiaru wracać na główny plac. Dziewczyna zauważyła niepokój w jego oczach.
-Muszę iść. Zresztą, po co ci to mówię?- przewrócił oczami.
-Widzę, że chcesz ukryć się przed tymi ludźmi.- lekko uśmiechnęła się Paló. -Znam dobrą kryjówkę.- Chwyciła Imaó go za rękę.
-Co ty wyprawiasz kobieto? Ja jestem... jestem żołnierzem!- chciał bronić się kanclerz.
-Czyjej gwardii? Komu tu służysz?- zapytała się jego towarzyszka, czym go ponownie zmieszała. Nie dając mu jednak czasu do namysłu, przycisnęła go do najbliższej wnęki. - Tylko bądź cicho.-poradziła.
-Ja przecież...- Imaó nie mógł dokończyć wypowiedzi, gdyż dziewczyna błyskawicznie przyłożyła palec do jego ust.
-Mówiłam, żebyś był cicho- skarciła go.
Gdy żołnierze przeszli, Paló i Imaó wyszli z kryjówki. Obaj chwilę wpatrywali się w siebie, po czym młodzieniec zaczął się odwracać.
-Ale szaty to masz jak na żołnierza zbyt szykowne, chyba nie ćwiczysz, by ich sobie nie zabrudzić.- odrzekła z przekąsem młoda kobieta.
-A panienka ametystowej sukni nie boi się zabrudzić w tych zaułkach? - odbił piłeczkę Imaó, na co dziewczyna odpowiedziała grymasem.
- Jakieś podziękowanie by się należało!- krzyknęła po tym, jak urzędnik zaczął bez słowa pożegnania odchodzić. Jedyną odpowiedzią mężczyzny było ciche westchnienie. Gdy jednak po kilku chwilach Imaó zdecydował się odwrócić, nowej znajomej już nie było.

Artyści i strażnicy czynili ostatnie przygotowania przed festiwalem. Na przystrojonym różnorakimi kwiatami i zapełnionym straganami placu na szwagra czekał Asó.
-Już się niecierpliwiłem- odparł z wyraźną ulgą kuzyn kanclerski. -Gdzie cię wiatry zawiały?
-Już jestem, nie podoba się?- odburknął Imaó.
-Dobrze, spokojnie, tylko pytałem. - odrzekł zdziwiony postawą szwagra Asó. - Nie widzę naszych kochanych strażników.
-Już są. - zirytowany kanclerz dostrzegł znienawidzonych stróży. - Nie wydostaniemy się z ich kleszczy.
Zaskoczeni kuzyni spostrzegli nagle wchodzącego na scenę brodatego dowódcę strażników z ozdobnym mieczem u pasa. Ukłonił się przystrojonym mieszczanom, po czym stanął obok niego wysoki mężczyzna w lekkiej miedzianej zbroi  z krótkim czarnym zarostem, okuty w malachitowo-złoty płaszcz.
-Witam Waszą Dostojność, Sławny Generale Wibi!  W imieniu Dworu Pani Wewnętrznego Pawilonu jestem zaszczycony zawiadomić, że prócz zgromadzonych tu Szlachetnych Osobistości jest dziś wśród nas Jego Ekscelencja Kanclerz oraz Dostojny Czwartej Rangi Wiceminister Asó. - brodacz najbardziej formalną z z formułek przywitał się ze znienawidzonym przez Imaó generałem.
-To jednak ten drań tu naprawdę jest.- szepnął wściekły kanclerz w stronę kuzyna, na co ten tylko przytaknął.
Na słowa dowódcy i pozdrowienie generała lud zaczął wiwatować, po czym żołnierze utworzyli dla  Imaó i Asó korytarz, stojąc wzdłuż niego na baczność. Urzędnicy musieli z wielką niechęcią odegrać przedstawienie i udawać kurtuazję wobec największego wroga.
Ręce Imaó zaczęły się pocić, gdy stanął przed niedawnym przeciwnikiem z pola walki i odpowiedział lekkim skłonem na jego skłon. Wszystko w nim gotowało się , lecz nie dawał tego po sobie poznać.
-Dobrze widzieć zacnego generała.- zwrócił się do Kisy kanclerz z wymuszonym uśmiechem.
-Z wzajemnością, Wasza Ekscelencjo. Jak podróż i nastroje Waszych Dostojności?- z pewnością również z udawaną grzecznością pytał generał Wibi.
-W jak najlepszym porządku, Generale. - odparł pogodnie  stojący z tyłu Asó.
Imaó wyręczając burmistrza miasta, wypuścił z klatki gołębicę i jaskółkę, co było lokalną tradycją, a także poprowadził modły do bóstw i obejrzał kilka ciekawych i wiele znacznie mniej zajmujących spektakli i akrobacji. Po wszystkim dostrzegł kolejne "wyczekiwane" twarze. Do powitania kanclerza dołączyli dostojnicy z innych, przeważnie wrogich mu rodów. Był wśród nich generał Muni Tókiki, 45-letni wojskowy o pociętej już zmarszczkami i bliznami twarzy, z posiwiałą brodą i siwiejącymi włosami związanymi w kucyk.
- Serdeczne pozdrowienia dla Waszej Ekscelencji!- przywitał się dygnitarz. Wzbudził lekką sympatię Imaó, który chwilę nawet z nim pogawędził. Miał do niego pewien rodzaj szacunku jako dla zaradnego polityka i godnego przeciwnika.
Zaraz potem rozpoczęła się wystawna uczta na miejskim placu. Stoły z pysznościami rozświetlone były przez liczne pochodnie, a porządku strzegli odziani w karmazynowe płaszcze i czarne pancerze strażnicy z włóczniami i mieczami. Imaó nie miał wielkiej ochoty na posiłek. Po chwili na scenę wstąpiła, czego się spodziewał, najstarsza córka generała Kisy z jakąś podniosłą pieśnią. Nie zainteresowało to jednak ani trochę kanclerza, który nawet zaczął przysypiać. Nagle jednak zbudził go głos Tókikiego.
-Oczywiście, że tak, idź po nią, chłopcze- generał wysłał po kogoś posłańca.
 Imaó na chwilę wstał od stołu, ale po jakichś dziesięciu krokach stanął osłupiony, widząc znajomą już twarz.
- Wasza Dostojność,  panienka przybyła- odezwał się sługa.
-Witaj, droga córko.- odrzekł Tókiki. - Wasza Ekscelencjo, to moja córka, Paló. Paló, to Jego Ekscelencja Kanclerz. To wielki zaszczyt go tu spotkać i spożywać z nim wieczerzę. - przyznał z dumą generał.
Imaó stał jak wryty i tylko zdrowy rozsądek kazał mu skłonić się przed dziewczyną.
- Mamy dziś bardzo ... ładny wieczór, panno Paló. - odparł po dość długim milczeniu.
-Bez wątpienia, Wasza Ekscelencjo.- przytaknęła z wahaniem dziewczyna. W jej oczach Imaó dostrzegł błysk. Paló w jego ujrzała natłok emocji. Obaj nie wiedzieli, jak zareagować.

Gdy po chwili córka Tókikiego zniknęła, młody kanclerz usiadł niezauważenie w oddali. Udał się na przechadzkę i spotkał znów objadającego się Asó.
- Coś ty taki niemrawy? - spytał szwagra.
-Asó, muszę ci coś powiedzieć. - Imaó założył ręce do tyłu. - Dziś spotkałem pewną dziewczynę. Właściwie to na nią wpadłem. Mimo mojej frustracji pomogła mi ukryć się przed tymi strażnikami. - wyznał. Asó przysłuchiwał mu się tym razem w milczeniu. -Myślałem, że już nigdy się nie spotkamy i będę mieć na dziś dość problemów. Tymczasem... przyjacielu, okazało się, że to córka Tókikiego. - westchnął. - Paló. - dodał.
- To znaczy, córka generała? Taki przypadek? Jesteś pewien?- zdziwił się Asó.
-Przecież mówię, to ona. Dziś...- nagle Imaó przerwał i zasłonił usta przyjaciela. Schowali się za ścianą.

-Nie ma innego wyjścia. Jak kazała Pani, zrękowiny mogą być choćby jutro.- odrzekł chropowaty męski głos.
-Nie inaczej. Jak on nie zechce, to generał Wibi może wysunąć, mhm, mocniejsze argumenty. - odezwał się ktoś wyraźnie młodszy.
-Więc wykończy nas wojną czy kontrabandą? W każdym razie pani Shiri traci cierpliwość.  W końcu interesy zobowiązuje,  cierpliwość nie jest jak niewysychający strumyk.Albo ślub z córką Kisy, albo koniec z pokojem- krzyknął ktoś inny.
-Panowie, konkluzja jest taka. Ugoda z Kisą jest jedynym rozwiązaniem. Innej kandydatki Jego Ekscelencja nie znajdzie, choćby i szukał, a wiemy, że nawet na żadną dziewczynę raczyć nie spojrzy!- znów odparł starszy człowiek.
-Pani Shiri zdecydowała. Nie ma odwrotu, a on wyboru.- podsumował wywody raczej średni wiekiem rozmówca.

Asó i Imaó stali zaszokowani. Kanclerz nie przypuszczał, że matka może być tak uparta i nieprzejednana. O co chodziło z cierpliwością i strumykiem? Mężczyzna obawiał się, co kobieta może przed nim ukrywać. Asó spojrzał wymownie na Imaó:
-Imaó, bracie. Jeśli chcesz działać,działaj teraz. Ślub z córką Kisy jest gorszy niźli najgorsza śmierć. Wiem, jak o tym myślisz. Więc musisz zdecydować się na coś, co będzie, jak sam mówiłeś...
-Jak burza o poranku- dokończył Imaó. - Asó, czy muszę?
-Myślisz o tym samym, co ja? - zapytał przewrotnie szwagra.




Witam!
Jak myślicie, co stoi za determinacją Shiri? Czy Imaó i Paló połączyła już przy pierwszym spotkaniu jakaś więź? I jakie myśli zbierają się w głowie młodego przywódcy? Wkrótce będzie musiał wszak zmienić całe życie...


« Ostatnia zmiana: Październik 16, 2019, 23:50:47 wysłana przez Reiki98 »