Twórczość w użyciu > Opowiadania

Imaó i Paló- Opowieść zwana Chaóweni

<< < (2/2)

Reiki98:
Rozdział IV- Czas decyzji


Imaó i Asó wrócili do reszty gości, a po kilku godzinach biesiada się zakończyła. Ku uldze kanclerza, gdy wracał do stołu, nie było już przy nim Paló. Siedział w milczeniu, jeszcze bardziej zachmurzony, niż wcześniej. Weseli i lekko podpici wielmoże i pozostała gromadka zacnych i mniej zacnych osobistości zaczęła, pokrzykując, wstawać z miejsc. Dla Imaó taki obrót spraw był korzystny, gdyż nie miał już ochoty na żadne pogaduszki. "Oddani " strażnicy odprowadzili ich do pawilonu w rezydencji mieszczańskiej, gdzie mieli spędzić noc. Bladożółte lampiony oświetlały wąski korytarzyk i zdobione dębowe ściany pokoju. Sługa zaparzył mężczyznom białą herbatę z goździkami i ciasteczkami cynamonowymi. Imaó upił powoli łyk gorącego naparu, patrząc nieobecnym wzrokiem w tarczę księżyca.
-Mój drogi, co ci? Denerwujesz się z powodu dzisiejszych wydarzeń?- spytał go Asó. Mężczyzna na pytanie szwagra podniósł się i westchnął głęboko.
-Pytasz się, jakbyś nie wiedział. Nie przeżywałem jeszcze takich rozterek. Jednak to trudna decyzja, a czasu mamy coraz mniej.
-Słusznie, fałszywa grzeczność Kisy i innych intrygantów nie będzie trwała wiecznie, a ich miecze jeszcze nie ostygły od niedawnych walk.- odparł zdecydowanie Asó.
-Dlatego musimy zrobić to jutro. - poważnie podsumował Imaó. - Jutro... poproszę o rękę Paló.

Przyjaciele planowali wstać wcześnie, wszak zaczynał się bardzo ważny dzień. Gdy Imaó przemył twarz zimną wodą i ubrał się w wyjściową karmazynową tunikę, z irytacją zauważył, że Asó wciąż śpi w najlepsze. Młody kanclerz odchrząknął, jednak gdy to nie zbudziło śpiącego, Imaó zrzucił ubranie na szwagra.
-Wstawaj i ubieraj się! Nie ma dziś czasu na spanie!- fuknął.
-Jeszcze chwilkę.- Asó przewrócił się na drugi bok.
-Pomyśl, i tak chwila snu ci nic nie da. A ja nie dam ci dalej spać!- Imaó zabrał przyjacielowi kołdrę, na co ten przeciągnął się i z podszytym irytacją westchnieniem wstał. Po chwili obaj udali się na śniadanie.
-Witajcie, Wasze Łaskawości!- przywitał ich burmistrz miasteczka. - Zapraszamy do stołu!
Wokół podłużnej ławy siedzieli już na niziutkich krzesełkach dostojni goście, zajadający się różnorakimi potrawami. Imaó nie miał ochoty na nic, lecz nie miał zamiaru dać poznać po sobie zdenerwowanie.
-Bardzo piękne miasto, nieprawdaż, Wasza Ekselencjo.- zagadnął kanclerza generał Tókiki.
-Owszem, bardzo.- odparł bez entuzjazmu mężczyzna.
-Księżyc widoczny z mego pawilonu przypominał biel skóry ukochanej w dalekim kraju, a me uczucia błądzą ponad chmurami do tarczy księżyca.- Asó próbował uratować sytuację, cytując wiersz poety sprzed kilku wieków.
Nagle z miejsca podniósł się generał Wibi Kisá i wzniósł energicznie rękę do toastu.
-Dostojni panowie, Wasza Ekscelencjo, wypijmy za pomyślne rządy dostojnego Kanclerza i rozsądek! - Wszyscy prócz Imaó wstali. Asó jedynie udał, że pije i zerknął nerwowo na szwagra. W końcu ten wstał i odbił piłeczkę w stronę generała.
-Wypijmy także za tych, których przez tak częste wojny ubyło przy tym stole. - odparł z przekąsem.
-I za mądre prowadzenie rodu przez przodków kanclerskich! - z wyraźną złośliwością skwitował toast Imaó wojskowy.
Gdy po chwili wrzask i śmiech w sali się uciszył, szef rządu raz jeszcze przemówił z lekko złośliwym uśmieszkiem:
-A także za przodków innych rodów, bo nie wiadomo, kto musi być bardziej strzeżony.- Po tych słowach ukłonił się i wyszedł.

Po chwili Asó podbiegł do przyjaciela.
-Imaó, coś ty narobił! A jak będzie z tego bałagan?
-Spokojnie, dziś i tak już nam wszystko jedno- lekko się uśmiechnął. - Rozbroimy ich jednym ruchem.- uniósł brwi.

Wiatr rozwiewał jedwabne zasłony rozpięte na okiennicach. Przy małym lusterku siedziała młoda dziewczyna czesząca swe długie, aksamitnie czarne włosy. Ubrana w jasnofioletową suknię ze złotymi rękawami arystokratka wcale nie wyglądała na szczęśliwą.
-Panienko Paló, co panience dolega? Skąd  smutek w pięknych oczach?- podeszła do niej zatroskana służka w średnim wieku i przejęła od niej szczotkę, kontynuując czesanie.
-Nic mi nie jest, ciociu Só.- odparła z niepewnością.
-Kochanie, przede mną niczego nie musisz taić. Widzę przecież, że panienka cierpi.
-Ciociu Só, wczoraj spotkałam...- z wahaniem w głosie zaczęła.
-Chodzi o mężczyznę? Wiedziałam, kochanie, pamiętaj, nie ufaj im nigdy.  Wciąż powtarzam, że mężczyźni i alkohol to największe plagi tego świata. Alkohol rozwiązuje język, a mężczyzna...
-Ciociu Só, nie o to chodzi. Posłuchaj mnie, proszę. Wczoraj szłam drogą, a nagle on...
Wtedy rozległ się odgłos pukania w rozsuwane drzwi. Do pokoju wszedł generał Tókiki.
-Moja Paló, już jesteś gotowa? Za chwilę ceremonia w świątyni.- poinformował córkę.
-Za chwilę, ojcze, czynię ostatnie poprawki. - odparła pogodnie.
-Dobrze, mój kwiecie. - uśmiechnął się łagodnie.

W małej okrągłej świątyni rozległ się dźwięk gongów. Bębniarze uderzali w pozłacane bębny, a fletniści przygrywali spokojne, podniosłe melodie.
- Jesteś gotowy, Asó?-spytał się ubrany w ciemnozieloną szeroką szatę ceremonialną Imaó.
- Owszem i ty też powinieneś. - odpowiedział szwagier.
-To ruszamy. - patrząc w dal, obaj zdecydowanym krokiem weszli do głównej sali świątynnej.
-Jego Ekscelencja Kanclerz i Jego Dostojność Wiceminister! - sędziwy kapłan  powitał obu mężczyzn.
Imaó złożył bóstwom ziemi i lasu dary złożone ze świeżo ściętych łodyg i kłosów, a bóstwom wody podarował zatopione w miseczce plastry miodu i trochę ziaren ryżu. Po kilku, wyrecytowanych przeciągle przez prowadzącego ceremonię kapłana modlitwach, rozpoczęła się główna ceremonia. Wszyscy dostojni goście zaczęli odpalać ogień w złotych pucharach na pochodnie, źródłem ognia była dla nich zaś jedna niewielka świeczka. Gdy wszyscy usiedli z nogami złożonymi do siebie, jak nakazuje tradycja,  wszedł do sali ktoś, kogo Imaó sięb by tu nigdy nie spodziewał. Ubrana we wzorzystą czerwono-żółtą suknię Paló z lekko pomalowanymi ustami i ceremonialnymi wzorami na policzkach przystąpiła do odświętnego tańca. Imaó, mimo natłoku wątpliwości związanych z dziewczyną, nie mógł oderwać od niej wzroku. Był zdumiony swą reakcją, lecz gdy córka Tókikiego zakończyła taniec, natychmiast wróciła mu trzeźwość umysłu.
- Piękny taniec, nawet ty to przyznasz?-Asó zaczepnie spytał  szwagra.
-Daj spokój, nic mnie to nie obchodzi. Ceremoniał skończony i tyle.- odparł poirytowany Imaó.
-Podobało ci się bez dwóch zdań! Nie mogłeś wzroku od niej oderwać!- z entuzjazmem odparł Asó.
-Ach, z  tobą pięć światów.- cicho odburknął kanclerz.

Powoli zbliżał się wieczór i Imaó wiedział, że musi się śpieszyć. W razie niepokojów w okolicy Tókiki i inni mogli opuścić miasto w ledwie godzinę. Po powrocie do pokoju, młody kanclerz długo zastanawiał się nad doborem szat. W końcu za radą Asó założył czerwoną tunikę z kwiatowymi motywami, przepasaną pozłacaną peleryną, zawiesił miecz w inkrustowanej perłami pochwie u pasa, a na głowę założył niewysoką czarno-granatową czapkę saóshim. Był wyraźnie spięty.
-Imaó, nie ma się czego bać. Jesteś kanclerzem, jak mógłby cię nie usłuchać.- chciał uspokoić go Asó.
-Łatwo ci mówić. Śmieszne, prawda? Mam teoretecznie władzę nad niezliczonym ludem, a boję się strażników własnej matki i własnych oświadczyn.- prychnął.
-Nie przesadzaj. I z wątłej topoli można zbudować potężny statek. - znów popisał się swą znajomością poezji.
-Nie czas na popisy, mój drogi. - odrzekł. - Dziękuję ci za wszystko. Chodźmy.- tym razem mężczyzna szczerze się uśmiechnął.

Tymczasem- Rezydencja w stolicy

-Nie ma mowy! Nie będzie żadnych ustępstw! - trzasnęła ręką w stół wzburzona Shiri. - Mój syn poślubi córkę Kisy, a szczęście ich będzie kwitnąć, choćby przeżył piekło na ziemi! To małżeństwo będzie faktem, a wy tego dopilnujecie! Wyślę gubernatora Cóyóka do mego syna, a on go przekona. Bo inaczej...- na słowa Shiri Cóyók przełknął nerwowo ślinę. - ... spotka się z surowymi konsekwencjami.
-Tak, Pani, wszystko zrozumiałem. Wyruszam jeszcze dziś przed wschodem księżyca. - ukłonił się.
-Doskonale się rozumiemy. - uśmiechnęła się cynicznie.


Imaó stanął przed wejściem na podwórze niewielkiej rezydencji, gdzie nocował Tókiki. Ręce spociły mu się z powodu nerwów.
-To ostatnie chwile mojej wolności. Wolności od intryg, od fałszu i stresu. NIe poradzę sobie Asó. Nie poradzę sobie , gdy ona wejdzie do mojego domu. Sam nie wiem, czy chcę, by przeklęty Tókiki się na to zgodził.
- Chcesz generała Kisy i jego córuni? Chyba to lepsze wyjście. Bracie, wierzę w ciebie, podołasz temu i nie oceniaj Paló tak źle. Niech bóstwa cię prowadzą. - klepnął szwagra w ramię. Imaó podziękował mu wzrokiem i podążył w stronę drzwi. Niski odźwierny rozpoznał nadchodzącego gościa i z szacunkiem się ukłonił.
-Dostojny Gość pragnie widzieć się z Generałem!- krzyknął służący.
Tókiki osobiście pofatygował się do wejścia. Szedł nieśpiesznie, nie spodziewając się , kogo ujrzy przed sobą.
-Wasza Ekscelencjo, proszę, nie spodziewaliśmy się tu Was. Zapraszam!- pochylił się wojskowy.
-Dziękuję, Dostojny Generale. - skłonił się Imaó.

Paló rozmawiała cicho w pokoju z ubraną w jasnozieloną suknię damę dworu. Sama miała na sobie wieczorną niebieską szatę ze złotymi podłużnymi wzorami.
-Pięknie śpiewałaś, Paló. Panienka była naprawdę czarująca- mówiła dziewczyna.
-Dziękuję, to dzięki tobie, Biri i cioci Só tak łatwo wszystko sie potoczyło. Jestem lekko zmęczona, pójdę do siebie- uśmiechnęła się Paló.
Po kilku krokach zatrzymała się, znów prawie wpadając na swego gościa.
-Droga córko, dzisiejszego wieczoru zaszczyci nas swą obecnością sam Jego Ekscelencja Kanclerz.- odrzekł z radością Tókiki. - Przywitaj się z gościem. - pouczył.
-Witajcie, Dostojny Kanclerzu. - ukłoniła się dziewczyna, a z nią także Biri.
-Mamy dziś niezwykle piękny wieczór. Tylko patrzeć tarczy księżyca zza chmur tajemniczych, co burzę o poranku zwiastują. - na swój sposób sparafrazował słynny wiersz Imaó.
-Co Kanclerza w wieczór tak urokliwy sprowadza w progi nasze?- spytał z największą grzecznością Tókiki. -Podaj Biri Jego Ekscelencji herbatę i poczęstunek.- polecił służącej. -A wy, Panie, spocznijcie.- poprosił młodego mężczyznę.
-Przychodzę do Was jako przyjaciel i oddany uczeń, Generale. - słychać było w wypowiedzi Imaó zawahanie. Paló wpatrywała się w niego z lekkim niepokojem.- Prosić mentora mego i oddanego radcę. - Przerwał, myśląc, że nie wydusi już ani słowa. - Prosić o rękę Waszej córki.

Reiki98:
Rozdział V- Nie pozwól mi odejść

Imaó poczuł po wypowiedzeniu tak długo planowanych słów, jakby ktoś zdjął z niego ciężar uwierający go niemiłosiernie. Po chwili jednak poczuł na sobie kolejny- oczekiwania na reakcję. Generał Tókiki chwilę milczał wyraźnie zaskoczony, a oczy Paló wyglądały na niemal przerażone. Wzmogło to jeszcze bardziej zdenerwowanie kanclerza. Gdy myślał, że ta chwila będzie trwać wieczność, Tókiki przemówił:
-Oferta Waszej Ekscelencji jest szczera i nie ukrywam, że zaskakująca. Wielkim zaszczytem jest dla nas wizyta Wasza i możliwość wybudowania mostu, więc i skruszenia muru. Usiądźmy, Wasza Ekscelencjo! - rozłożył ręce arystokrata w geście przyjaźni.
Służąca podała Imaó i domownikom herbatę. Córka Tókikiego wciąż stała jak osłupiona.
-Paló, mój kwiecie, proszę, usiądź z nami.- poprosił ojciec. Z wymuszonym uśmiechem dziewczyna zajęła miejsce. -Przejdźmy do rzeczy, Mości Kanclerzu.
-Mam przyjemność złożyć Wam, Szlachetny Generale, z serca płynące świadectwo przyjaźni w postaci tych oto podarków. - odparł Imaó, gdy sługa wysłany przez Asó wniósł do pomieszczenia zdobione szkatułki. Generał uśmiechnął się na widok prezentów. Mężczyźni na jakiś czas zamilkli, co tylko powiększało stres Paló.
-Myślę, że czas będzie nam jeszcze porozmawiać. Tymczasem wybaczy mi Wasza Dostojność. - chciał wymigać się od stresującej rozmowy Imaó.
-Nie wstawajcie, mój Panie, nie w tak miłej atmosferze, proszę. Jeszcze herbaty?- zaproponował wojskowy.
-Dziękuję bardzo. Generale, porozmawiam z Wami jutro, gdy światło poranku mgły tylko rozproszy.  Dziś jest już zbyt późno. - uśmiechnął się lekko kanclerz.
-Jeśli taka Wasza wola, Panie. Wiedzcie, że zawsze jesteście tu mile widziani, ja i Paló o każdej porze należycie was przyjmiemy. Zapraszam jutro na drugie śniadanie około południa. Co za zaszczyt, propozycja Waszej Ekscelencji!- pożegnał się Tókiki.
-Dziękuję, do jutra i dobrej nocy dla Waszej Rodziny.- skłonił się młody mężczyzna, a za nim Paló i Tókiki.
Paló spojrzała na ojca pytającym wzrokiem, ale on przyłożył palec do ust. Imaó idąc w kierunku bramy, raz jeszcze spojrzał na rezydencję. Wiedział, że jutro będzie dla niego najważniejszym egzaminem.

-Psst! Imaó!- z nocnej ciszy wydobył się głos niewątpliwie należący do Asó.
-Przestraszyłeś mnie!- fuknął szef rządu.
-Coś ty taki przewrażliwiony? Jak poszło, mów szybko!- zapytał się szwagra.
-Mówiąc krótko, Tókiki udaje radość i ekscytację, chyba wymienił wszystkie honoryfikatywy. - odparł Imaó z irytacją. - Przyjął ofertę. Jutro idziemy do niego na śniadanie. -westchnął.
- Wiadomo o co chodzi w tej grze, ale jestem z ciebie dumny, bracie! Jutro jest jutrem, dziś się porządnie wyśpij!
-Właśnie, Asó, w grze. W przeklętej grze. - powiedział kanclerz bez entuzjazmu.

Paló nerwowo chodziła po pokoju i wyglądała na śmiertelnie obrażoną na ojca.
- Mój kwiatuszku, mój księżycu. Co ja miałem powiedzieć kanclerzowi? Przed chwilą skończyła się wojna, a chciałabyś kolejnej?- chciał pocieszyć ją Tókiki.
-Ojcze, dlaczego chcesz mi to zrobić? Ten człowiek jest nieobliczalnym tyranem. Chciał zniszczyć naszą rodzinę, wszystko co mamy i kochamy. - dziewczyna prawie płakała.
- I dlatego musisz być silna dla mnie, dla siebie, dla Matki. - generał przytulił córkę. - Nigdy nie pozwolę, by stała ci się jakaś krzywda, kochanie. Nigdy. Nic nie jest jeszcze pewne, może jutro się rozmyśli. Coś wymyślę, obiecuję. - na te słowa Paló lekko się uśmiechnęła.

Mężczyzn śpiących na wyściełanych matach zbudziły hałasy na korytarzu. Był środek nocy i zdziwiły ich te odgłosy.
-Cicho.- szepnął Imaó do przyjaciela.  Obaj nasłuchiwali rozmowy za ścianą. Byli pewni, że słyszeli gdzieś już te głosy.
-Pani Wewnętrznego Pawilonu wyśle kogoś do generała. Możliwe, że jakiegoś gubernatora. Wiecie, w końcu to priorytetowa sprawa. - odezwał się starszy mężczyzna.
- W imieniu generała Kisy oczekuję poselstwa. - odrzekł młodziutki arystokrata, sądząc po doborze słów. - Trzeba tylko zniechęcić Tókikiego.
-My się tym zajmiemy- szepnął ktoś inny.
Asó i Imaó spojrzeli na siebie, po czym gwałtownie zerwali się z łóżek.
-Dwa miecze i jakieś opaski. Nikt nie może nas zobaczyć- rzucił zdecydowanie kanclerz. Asó kiwnął porozumiewawczo.
Przyjaciele upewnili się, że tajemniczy jegomoście zniknęli z korytarza i podążyli w kierunku rezydencji Tókikiego. Imaó wiedział, że generałowi i Paló grozi niebezpieczeństwo i mimo wszystko musi ich obronić. Obaj czekali w mroku jakąś chwilę. Nagle usłyszeli szelest między drzewami.
- Ty stój pod bramą, ja wejdę!- krzyknął Imaó.
-Ale..- chciał wtrącić Asó.
-Żadne ale! Osłaniaj dom od frontu, ja sprawdzę, czy nikt się tam nie wdarł!- mężczyzna przeskoczył palisadę.
Starał się iść bezszelestnie wśród liści rozwiewanych przez wiatr, jednak ciszę zmąciło uderzenie wroga w klingę miecza Imaó. Kanclerz zauważył, że napastników było czterech.
- Wy dranie, czego chcecie, zaraz się z wami rozprawię! - syknął. Trzymał miecz ostrzem ku górze, które jakby symetrycznie przedzielało jego profil. W klindze odbijali się oświetleni przez światło księżyca zakapturzeni nieprzyjaciele. Imaó z furią w oczach czekał na ich ruch.

Asó tymczasem czekał. Gdy tylko usłyszał charakterystyczny brzdęk metalu, chciał ruszyć Imaó na pomoc, ale z tyłu drasnął go miecz wroga.
- Przeklęte kanalie! Poczekajcie, aż będziecie liczyli odcięte członki! - i Asó ruszył na wrogów, lecz nieomal ponownie został raniony.
Wojownicy w końcu zaatakowali kanclerza. Poruszał się bardzo szybko, wiedząc, że ma niewielkie szanse, będąc przez nich otoczony. W końcu zaszedł jednego od tyłu i wbił mu ostrze w plecy. Drugi chciał już go rozpłatać mieczem, gdy Imaó w ostatniej chwili wykonał unik zarzucając głowę do tyłu. Odbił się od pnia i z wielką złością przeciął korpusy dwóch napastników. Posłyszał jednak kroki kolejnych zbrojnych i postanowił ukryć się w jednym możliwym miejscu- na dachu.
W tym samym czasie szwagier kanclerski z trudnościami odpierał ataki wroga. Udało mu się wreszcie popchnąć jednego z nasłanych zbirów na drugiego i obydwu pozbawić życia. Był już jednak wyczerpany walką.

Imaó leżał na brzuchu na skraju dachu. Gdyby mógł, nawet by nie oddychał. Prosił w duchu bóstwa, by tylko dachówki pod nim nie załamały się. Czereda wojowników ustawiła się pod tymczasową rezydencją Tókikiego. Przerażony kanclerz spostrzegł, że jest ich coraz więcej. Chciał mieć lepszy widok na sytuację i przesunął się, jednak nagle poczuł ostry ból przez spotkanie jego brzucha z ozdobną figurką przytwierdzoną do dachu. Mimowolnie krzyknął.
-Tam jest!- spojrzał się jeden z zamaskowanych napastników. - Brać go i szukać tego drugiego!
- A więc chcecie się pobawić? No to zapraszam!- mężczyzna zeskoczył z dachu i przeciął szyje dwóm agresorom. Po chwili poczuł jednak , że znów jest otoczony. Gdy stracił już nadzieję, widząc szarżującego na niego wojownika z toporem, zdziwiony spostrzegł, że wrogowie zaczynają słaniać się i padać na ziemię.
-Czyżby ktoś potraktował ich kuszami?- domyślił się Imaó.
Wyczerpany Asó kilkoma pchnięciami miecz uporał się z resztą napastników. Przeraziła go cisza w ogrodzie, więc podążył, by sprawdzić, co się dzieje ze szwagrem.
-Kim jesteście?- zapytał się nowych sojuszników Imaó.- Kim byli ci ludzie? Wiecie z kim mówicie?- poirytowany młodzieniec chciał już pokazać żołnierzom twarz, jednak uznał to za zbyt ryzykowne. Ubrani w czarno-czerwone maski wojownicy zabrali ciała poległych napastników i w ciszy opuścili gaj.

Imaó obrócił się, po chwili słysząc czyjś pisk.
-Co ty tu..- odparł.
-Chyba ja powinnam zapytać się ciebie! Co tu robisz i kim jesteś?!- wykrzyknęła zdziwiona Paló.
-Ja... jakby ci to... ja jestem żołnierzem gwardii sławnego generała Tókikiego! Patroluję rezydencję Jego Dostojności!- udawał pewność w głosie.
-Mam ci wierzyć? Pokaż opaskę na ramieniu! Powinna mieć...- dziewczyna chwyciła energicznie jego rękę i zauważyła ranę - Jesteś ranny!
-To nic wielkiego, spokojnie. Właśnie kończę patrol.- chciał już iść. Jednak Muni Paló nie dała za wygraną.
-Nigdzie się nie ruszysz, dopóki cię nie opatrzę. Gdzie i kiedy oberwałeś? Zresztą nieważne, poczekaj.- po chwili młoda arystokratka przyniosła bandaż i maść. - Pokaż. - odwinęła mu rękaw.
Asó miał krzyknąć do przyjaciela, gdy zobaczył, że opatruje go jego przyszła potencjalna narzeczona. Z pewnością będzie miał o czym z nim porozmawiać.

Paló delikatnie rozsmarowywała maść po ranie i zawinęła ją ostrożnie w bandaż.
-Zmieniaj opatrunek przynajmniej dwa razy dziennie. - poradziła. Oboje spojrzeli sobie głęboko w oczy. - Ja.. już będę szła. Uważaj na siebie- uśmiechnęła się tajemniczo. Lekki wiatr rozwiewał jej pachnące olejkiem różanym włosy. Zostawiła Imaó pogrążonego w milczeniu i rozterkach. W gąszczu pytań o to, czy jest dla niego wrogiem czy... kimś jeszcze.




Reiki98:
Rozdział VI- Odkryty ślad

Młody kanclerz podążył niepewnym krokiem w kierunku skrytego wśród zarośli Asó. Martwił się o szwagra, gdyż słusznie przypuszczał, że także stoczył długą i nierówną walkę z napastnikami.
-Bracie, wszystko dobrze? Nic ci nie zrobili?- spytał go zatroskanym wzrokiem.
-Jak po walce. Zaskoczyły nas, a to cwane demony. Mam nadzieję, że z tobą też wszystko dobrze. Tak szybko ich wszystkich załatwiłeś?- zdziwił się Asó.
-Zdaje się, że nagle ktoś wystrzelił z kuszy i wszyscy padli jak kostki do gry. -oznajmił krótko szwagrowi.
-Przy takiej opiece nie widzę przeszkód, byś szybko ozdrowiał.- zaśmiał się Asó, unosząc do góry brwi.
-Ach, akurat wyszła, gdy skończyłem się z nimi rozprawiać. Teraz skończ gadać głupstwa, trzeba odpocząć, jutro dużo pracy.- wycedził.
-Może zanim wrócimy, powinniśmy powiedzieć władzom, by postawiły strażników?- zasugerował towarzysz Imaó.
-Mógłbym to zrobić w innych okolicznościach. Pomyśl, Asó, są tu Kisá, jego ludzie i cała czereda osobistości niekoniecznie nam przychylnych. Co, jeśli ktoś będzie przez nich wynajęty? Sami możemy się obronić, a szczerze wątpię, że ktoś jeszcze wyśle kogokolwiek , bo wzbudziłby większe podejrzenia.- skwitował kanclerz. W środku bił się ze złowrogimi myślami- czyżby to jego matka faktycznie miała związek z tymi draniami?
Gdy znaleźli się przy rozsuwanych drzwiach swego pokoju, uśmiechnął się do męża siostry i spojrzał nań wzrokiem mówiącym, że czeka ich jeszcze dużo przygód, niekoniecznie tych miłych. Księżyc jasno świecił nad spowitym nocą miastem, a cykady i świerszcze dawało się słyszeć wszędzie, lecz nie przeszkodziło to zasnąć potwornie zmęczonym mężczyznom.

Siedziba rządu w stolicy

Do obszernego biura Ministerstwa Ziemi i Majątków wszedł ze zdecydowanym spojrzeniem młody mężczyzna. Miał na sobie wieczorną  jedwabną czarną szatę z czerwonymi rękawami i włosy spięte w elegancki kucyk, jednak nie przejmował się wyglądem, otwierając raz po raz lekko przykurzone szafki. Zafrasowany służący próbował nadążyć za nim, lecz był on szybszy od błyskawicy.
- Proszę Waszą Łaskawość! Jeszcze nie sprzątaliśmy, a jutro ze wschodem słońca jest ceremonia nadania szat, canchūn !*- pochylał  pokornie głowę mężczyzna w jasnozielonym kaftanie.
-Gdzie jest to ustrojstwo… gdzieś musi tu być.- Naóki śledził wzrokiem każdy kąt pokoju. – Dae!**
Młody urzędnik sięgnął po inkrustowane perłami pudełeczko z przekładanymi paciorkami wskazującymi na obecność danych osób danego dnia.
-Czy był tu dziś gubernator Cóyók?- zapytał się mężczyzna.- Dobrze pomyśl, Aóhi.
-Ja… nie wiem… nie, Panie.- zawahał się przerażony sługa.
Naóki chwilę przyjrzał się pudełku.-Gubernator Cóyók, dziś około południa- ocenił. -Czy się mylę? – spojrzał wymownie na Aóhiego.
- Nie, Panie… Ukarz mnie jak chcesz!- szykował się na najgorsze. Naóki spojrzał się nań z politowaniem i zaśmiał pod nosem.
-Szkoda mojej ręki. Spójrz na kurze, masz takie samo baczenie jak na ludzi. Idź  lepiej spać.- skwitował z ironią.
Kuzyn Imaó szybko udał się do jasno oświetlonej kilkupiętrowej rezydencji dla gości. Minął bez słowa kłaniających się oficjeli. Spojrzał na idącego w jego kierunku siwowłosego jegomościa i zagrodził mu drogę.
- Czy był tu dziś gubernator Cóyók?- spytał Naóki.
-Owszem, Panie, jednak wyszedł wieczorem. – skłonił się.
-Gdzie? Mówże!- popędził go młody mężczyzna.
-Ja…- Naóki osobiście nie znosił słyszeć wahania w głosie.
-Powiedz, a zwolnię cię na cały miesiąc ze sprzątania. Wiem, że w końcu chciałbyś odwiedzić rodzinę, Kilai. Jeżeli się kogoś boisz, dam ci ochronę. A teraz mówże!- szybko zapewnił staruszka.
-Dzięki Ci, Panie! Ja… nie jestem pewien, ale chyba był u pani Shiri na zebraniu, canchūn.- odparł Kilai.
Naóki pobiegł domyślał się dalszego biegu wydarzeń i pobiegł do rządowej stajni, pytając o ostatni wynajem wierzchowców.
-Gubernator prowincji Bānsamú z całą świtą wyjechał dziś przed zachodem słońca- odparła sędziwa stajenna.
Poddenerwowany mężczyzna zastał swego pomocnika przysypiającego nad herbatą. Młodziutki chłopiec z uplecionymi misternie warkoczykami wyglądał na naprawdę sennego.
-Hashi, masz zadanie. Zwołaj moich wojskowych doradców i każ im w moim imieniu wysłać specjalną grupę zwiadowczą do ochrony kanclerza. Musimy uprzedzić Kisę… i moją drogą cioteczkę.- spojrzał się na chłopca, lecz wzrok jego błądził w oddali.

Gdy tylko wzeszło słońce, Imaó i Asó wstając wyjątkowo wcześnie z posłań pośpiesznie szykowali się na niechciane śniadanie z Tókikim. Lekko stremowany kanclerz denerwował się obecnością służek przysłanych przez właściciela rezydencji.
-Lepiej już wyjdźmy- odrzekł do Asó, poprawiając po raz ostatni doskonale ułożoną fryzurę.
Nie lepiej czuła się Paló, nerwowo przechadzając się po pokoju. Nie pomogły uśmiechy służki, nakładającej ziołowe balsamy na włosy i róż na policzki. Chciała, by to wszystko było już za nią.
Uradowany służący Tókikiego przywitał gości generała, a on sam zjawił się w obejściu w najlepszej, zdobionej złotem i srebrem zbroi okrytej granatową szatą. Kolor fiołków i róż współgrał z podobną barwą szaty Imaó, a kontrastował z czarno-złotym okryciem jego szwagra. Tuż za uśmiechniętym Tókikim pojawiła się jego córka ze spuszczonym wzrokiem z biało-złotą szatą z czerwonymi rękawami i kwiecistymi wzorami. Patrząc na nią, Imaó złapał się na uwadze, że wygląda całkiem ładnie.
-Zapraszam do stołu.- rzekł ojciec Paló. Stół stojący na ganku posiadłości wypełniały talerze z pierożkami z gotowaną fasolą i ciecierzycą z dodatkiem jajek, duszona baranina, a także świeże warzywa i ryż z rybami.
-Świetne są podobno tutejsze sosy, spróbuję i się przekonam.- odparł rozpromieniony Asó.
-Polecam sos szałwiowy, Wasza Dostojność. Proszę się częstować.- skwitował Tókiki.
Imaó pragnął milczeć, lecz wiedział, że nie może tego zrobić.
-Ufam, że sen Waszej Szlachetności jest tu niezmącony, Generale. Noce bywają głośne.
-Sypiam dobrze, tak jak ma córka, zwłaszcza po Twej hojnej wizycie, Panie.- generał spojrzał się wymownie na Paló i dziewczyna energicznie skinęła potwierdzająco głową. -Wracając do tematu wczorajszej nocy, uznałem…- Tókiki wstał i wziął do ręki dzwoneczek.- Proszę wszystkich o uwagę! – po chwili posłusznie zebrali się wszyscy służący i adiutanci wojskowego. -Uznałem, że Jego Ekscelencja Kanclerz jest najgodniejszym i najszlachetniejszym człowiekiem, dla mej córki, a przyjęcie go do rodziny to największy z zaszczytów.
- Gratulacje, Panie! – trzykrotnie krzyknęli słudzy.
Paló zdawała się być wstrząśnięta. Przypomniała sobie jednak wczorajsze słowa ojca:
-Muszę coś Ci wyznać, córeczko. Twoja matka przed odejściem powiedziała, że pragnie tylko jednego. Chce, byś poślubiła kogoś, kto da Ci szczęście i dobre życie. Na tę chwilę tylko kanclerz może ochronić nas przed wpływem Kisy. Musimy zdążyć przed jego matką. Ta wiedźma Shiri zrobi wszystko, by ułagodzić Kisę. Ma u niego spory dług wdzięczności.  Bądź w stolicy ostrożna, udawaj najlepszą żonę i mów mi wszystko, co zauważysz. Zaręczam, że kiedy to wszystko się skończy, zemszczę się na rodzie Lāsó za wszystkie krzywdy”.
- Generale… dziękuję.- ukłonił się Imaó. Nagle spostrzegł, jak zamyślona Paló przypadkowo przewraca naczynie z gorącą wodą. Nie upłynęła sekunda, nim osłonił ją przed wrzątkiem.
- Panie, czy wszystko dobrze?- krzyknęła dziewczyna.
-Wszystko w porządku, panienko. – uśmiechnął się, choć syknął z bólu. Paló niewiele myśląc odsłoniła mu rękaw i polała schłodzoną wodą z drugiego kubka. Zauważyła ranę na ramieniu, bynajmniej nie od oparzenia. Mężczyzna bał się, że córka generała rozpozna go.
-Skąd Kanclerz ma taką ranę, ktoś Was tu zaatakował? Panie, nie pozwolę!- odparł Tókiki z udawaną troską.
- Właściwie..- nie miał pojęcia co powiedzieć.
- Generale! Znaleźliśmy to w ogrodzie. Wczoraj w nocy ktoś tu się włamał, ale został powstrzymany.- młody adiutant wskazał na zakrwawiony kawałek ubrania.
Imaó i Asó pojęli, że  czekają ich teraz jeszcze większe kłopoty.


*canchūn- tytuł urzędnika ds. wojskowych kontrolującego  ministerstwa ziem i majątków oraz wojny
** Dae - - dosł. "cel", tu w znaczeniu "Mam cię!", "Bingo!"

Reiki98:
Rozdział VII- Zwrot akcji

Tókiki wstał z miejsca, a jego mina wskazywała na mieszaninę zdziwienia i złości.
-Młodszy Dowodzący Shumak, sprawdź dobrze wszystkie bramy, rozstaw żołnierzy i każ sprowadzić z miasta kolejnych!- zarządził młodemu, postawnemu mężczyźnie w lekkiej zbroi.
-Tak jest, Panie Generale!- ukłonił się i odszedł.
-Jest coś, w czym możemy pomóc, Generale?- zapytał się Imaó, by ukryć wzbierający w nim stres.
Ojciec Paló cicho westchnął i założył ręce do tyłu:
-Dziękuję za troskę, Wasza Ekscelencjo, lecz zajmę się tym wszystkim sam. Możecie mi powiedzieć- zwrócił się też do Asó – czy widzieliście lub słyszeliście wczorajszej nocy coś podejrzanego?
W obu mężczyznach aż zawrzało. Wiedzieli jednak, że nie mogą ujawnić tego, co się działo w ogrodzie przed rezydencją. Pierwszy zaczął szwagier kanclerza:
-Byłem co prawda na wieczornym spacerze, jednak nie usłyszałem niczego, co mogłoby wzbudzić czyjekolwiek obawy.
W zamieszaniu od stołu oddaliła się Paló. Prędko dostrzegł to Imaó, który podszedł do dziewczyny.
- Nie martw się tym, co stało się w nocy, proszę. – zapewniał mężczyzna.
-Czy nic nie stało się wam, Panie, przez ten wypadek? Wybacz, że sprowadziłam na Was niebezpieczeństwo.- córka Tókikiego podniosła wzrok, jednocześnie po chwili go opuszczając. Imaó chwilę wpatrywał się w jej oczy, wyczytując lekkie zaniepokojenie.  Spuścił głowę na dół, po chwili zaś odparł:
-Musiałem ochronić Panienkę przed nieszczęściem, cóż miałbym uczynić innego?
Zanim dziewczyna zdążyła otworzyć usta, jej ojciec przywołał gestem dłoni Imaó.
-Zwołam posiedzenie z udziałem generała Kisy- oznajmił. Asó i jego szwagier na te słowa w środku nie posiadali się ze złości.
Rezydencja w stolicy
Dzień zapowiadał się pogodnie, a pod oknami rozbrzmiewały szpaki i wilgi. Shiri w niezmąconej ciszy samotnie popijała jaśminową herbatę, gdy ktoś musiał przerwać chwilę spokoju.
- Pani, przyszedł Jego Ekscelencja , canchūn!- zapowiedział sługa.
-Każ wejść. – wyraziła aprobatę. Urzędnik ukłonił się na powitanie:
-Pani Wewnętrznego Pawilonu, słońce dziś wzeszło niczym cnoty niebiańskie w Twych komnatach.
-Naóki, przejdźmy do rzeczy. Czego ode mnie chcesz, mój drogi? Jeśli chodzi o Imaó…
-Tak, Pani. Zaiste chodzi o Kanclerza, a ściślej gubernatora Cóyóka. Czy jest w Waszej wiedzy, iż opuszczał on wczoraj konno stolicę nocą?
-Cóż to? Martwisz się, czy aby się nie zgubił?- posłała chytry uśmieszek Shiri.
-Pani, z całym szacunkiem, obaj wiemy, o co chodzi. Stare powiedzenie powiada, że tygrys z przytępionymi pazurami jeszcze bardziej wściekły. Intencje generała Kisy nigdy nie były i nie będą szczere.- odparł poważnie Naóki.
-Czy Ty myślisz, młody człowieku, że posłałabym Cóyóka w paszczę głodnego lwa? Wystarczy wszak trochę się z nim zabawić i powstrzymać głód.- matka kanclerza znów kpiarsko się uśmiechnęła.
-Pani, nawet kosztem bezpieczeństwa własnego syna?- rzucił ostro młody urzędnik. -Wybacz ów ton, jednak taka gra jest zbyt ryzykowna.
-Cóż za naiwność i pochopne oceny.- skwitowała Pani Wewnętrznego Pawilonu. – Teraz możesz odejść, przekonasz się, że moje czyny zawsze mają na względzie dobro rodziny.- podniosła głos, jednocześnie wciąż się uśmiechając.
W Imaó i jego szwagrze wzbierały ogromna złość i stres z racji zbliżającego się spotkania z udziałem Kisy. Kanclerz dobrze wiedział, że nie może ujawnić niczego, co się wydarzyło poprzedniej nocy, gdyż naraziłoby to zarówno jego otoczenie, ród Muni reprezentowany przez Tókikiego, czym akurat musiałby się mniej martwić, gdyby nie kwestia niepodpisanego wciąż pokoju. W oczach młodego szefa rządu widać było autentyczny strach.
-Asó, co mam powiedzieć temu przeklętemu intrygantowi?
- To znaczy, Kisie? Wiesz jaki jest, poczekajmy na jego krok.- Asó puścił oko do przyjaciela.

W przestronnej sali miejskiej magistratury odbywało się zebranie z udziałem Kisy, Tókikiego i wielu innych dostojników. Po pojawieniu się kanclerza i Asó, żołnierze Tókikiego zdali raport przed Imaó, a jego samego posadzono na honorowym miejscu. Szef rządu polecił wojskowym i arystokratom rozpocząć przemowy, lecz wskutek nadmiernej kurtuazji nikt nie mógł dojść do głosu. Poirytowany Imaó sam zaczął:
-Pytacie, czy sytuacja jest poważna. Byłem dziś na śniadaniu w ogrodzie generała Tókikiego. Widziałem dowody na to, że coś się tam działo zeszłej nocy. Mogę powiedzieć stanowczo: jeśli chodzi o bezpieczeństwo generała i jego córki, sytuacja jest zawsze poważna.
-Wybaczysz mi śmiałość, Wasza Ekscelencjo, jeśli wejdę w słowo? – podniósł się powoli z miejsca ojciec Paló. – Dziś podjąłem Kanclerza śniadaniem. Chciałbym z radością oświadczyć, iż po wizycie Kanclerskiej mogę go nazywać…- Imaó wiedział, że generał zmierza do ogłoszenia zaręczyn, by pogorszyć położenie rządu względem Kisy. Nie mógł pozwolić mu na to.
-Oddanym i wiernym przyjacielem.- odparł kanclerz. – Właśnie  o to nam chodziło. Mam pytanie do Jego Dostojności Generała Kisy. – na słowa Imaó zaraz mężczyzna wstał. – Generale, mówi się, że tygrys najcichszy, gdy się skrada. Co myślicie o takim uprawianiu polityki?- rozpoczął swą grę Imaó.
- Panie, tygrys winien wiedzieć, kiedy ma stępione pazury. – też poetycko odbił piłeczkę generał.
-Generale, co Wam wiadomo o zbyt głośnych świerszczach?- kontynuował kanclerz, mając przed oczyma nocnych napastników. – Możemy wypuścić je na pole sąsiada, by zniszczyły jego bogactwo. Ale gdy jest ich za dużo…
-Mogą wejść na nasze, Panie. – zrozumiał metaforę w lot.
-Ale wcześniej można je same zlikwidować. – rzekł kanclerz, obniżając wzrok bezpośrednio na Kisę, po czym wyszedł. Mina generała po tym wyglądała, jakby wyrażała wszystko
- Mam już pewność, że to on. – odparł po zebraniu Imaó.
- Teraz Kisá będzie chciał się nam dobrać do skóry. – zauważył jego szwagier.
Imaó spoglądał z zadumą w burzowe niebo. Kolor chmur wydawał się być nasycony granatem, a powietrze wydawało się wtórować dusznej atmosferze. Nagle Asó spostrzegł nadlatujący z oddali sztylet. Ktoś , kto nim rzucił, musiał być niekwestionowanym mistrzem.
- Imaó!- krzyknął Asó. Kanclerz automatycznie wygiął się w tył, tak, że ostrze ledwo musnęło skraj jego szaty.
- Nic ci nie jest, bracie?- zapytał go szwagier.
- Wszystko w porządku. Nasz ulubiony generał jest w formie. Nie możemy narażać Paló i jej ojczulka, ani mojej  matki i siostry w stolicy. Musimy jak najszybciej tam wracać, Asó. – obaj skinęli na słowa Imaó.

W izbie Kisy panował półmrok z racji nadchodzącej burzy. Młody żołnierz ukłonił się przed wojskowym.
-Generale, cóż mamy czynić? – zapytał.
-Kanclerz dobrze zna moje zamiary. Zobaczysz, że za chwilę ucieknie z tej podłej mieściny i czmychnie wnet do stolicy. – odparł generał.
-I co wtedy zrobimy? Ma tam pełną obstawę?- dziwił się wojownik.
- Wciąż nie myślisz, Gakói? Wyślemy przynętę do jaskini lwa. A Shiri nam nie odmówi. – zaśmiał się pod nosem.

Przyjaciele popędzili na koniach w kierunku rezydencji Tókikiego.
-Imaó, dlaczego jedziemy do niego? Musimy uciekać natychmiast, bo życie mojej drogiej Wió, twej siostry, jest w niebezpieczeństwie? Co z twą matką? – dziwił się Asó. Imaó milczał. – Co chcesz przez to milczenie powiedzieć?- Jednak jego kompan wciąż milczał. Gdy zatrzymali się, zsiadł z konia i odrzekł:
- Mówiłem Ci, mój Asó, że musimy jechać. Nie mówiłem jednak, że pojedziemy sami. O czymś chyba powinienem pamiętać? – ta zagadka zaintrygowała męża Wió. – Jak myślisz, Asó, o czym mogłem zapomnieć?
Gdy weszli na dziedziniec, zauważyli wielki bałagan. Stoły były zniszczone, a w środku można było dostrzec rozrzuconą zawartość szafek i połamane półki.
- Co tu się mogło stać?- pytali siebie mężczyźni.
- Asó, z tyłu! – krzyknął kanclerz. Na ich obu napadła cała gromada zbrojnych zbójców. Obaj sprawnie rozcinali ich ostrzami swych mieczy jednego po drugim. W jednej z izb spostrzegli zakneblowaną służkę Paló. Imaó szybko ją uwolnił.
-Panienka chyba opuściła już miasto. Pędź Panie, ile sił, do bramy miejskiej! – odparła służąca.
- Pod jednym warunkiem. Jedziesz z nami. – to mówiąc, Imaó posadził kobietę na koniu. Galopem dotarli na rogatki miasteczka. W tłumie kanclerz dostrzegł Paló przechadzającą się jak gdyby nigdy nic po targu.
-Panienko, gdzie twój ojciec, co tu robisz?- nim zdążyła się odezwać, pojawił się i Tókiki.
- Panie, co się stało?
-Wasza rezydencja jest splądrowana. Znalazłem Was tylko dzięki służce. Trzeba szybko opuścić miasto.  Najlepiej będzie, jeśli Panienka pojedzie ze mną.– odparł mężczyzna.
- Ależ Panie, jesteśmy całkowicie bezpieczni…- chciał przeszkodzić w planach kanclerza Tókiki.
- Nie wiemy, czy Kisá nie wysłał już ludzi do mojej, czy Waszej siedziby. Generale, chodzi o bezpieczeństwo nie tylko mojego czy Waszego rodu, ale o pokój w kraju.  Pamiętam wszystko, co działo się na wojnie i naszych żołnierzy, tak samo głodujących i umierających. Chodzi o pokój pod niebiosami! Jeśli Paló ze mną pojedzie, dam jej gwarancję bezpieczeństwa!- powiedział Imaó stanowczo.
-  Pamiętaj, Panie, że choć mieczy już nie mamy w dłoniach, wojna wciąż trwa w sercach. Jeśli coś się jej stanie, możecie poręczyć życiem! – niespodziewanie krzyknął Tókiki. Nagle złagodniał, widząc w oddali konie wysłanników Kisy. – Muszę to załatwić. Jedźcie. Już!

Reiki98:
Rozdział VIII- Jak skrzydła motyla

Witam! Z powodów różnych byłem zmuszony zaniechać pisania opowiadania, co nie znaczy, że porzuciłem je, jakby się mogło wydawać.

Imaó wraz z Paló oraz Asó ze służką Só już prawie godzinę gnali na koniach.  Zziajane wierzchowce biegły tak szybko, ile sił miały w nogach, a przez znaczny wysiłek spienił się ich pot. Opuszczali rejon miasteczka z ulgą, gdyż z racji działań generała Kisy nie było już tam bezpiecznie. Cała czwórka przemierzała konno las, gdy Asó zaproponował odpoczynek.
-Może powinniśmy na chwilę się zatrzymać- odparł.–Konie muszą nabrać oddechu.
-Racja- przyznał Imaó. Przez wiatr roztrzepane włosy kosmyki sięgały mu do brwi. Poprawił je z nonszalancją i pomógł zsiąść z konia narzeczonej.
 – Powinnaś się posilić, przed nami jeszcze kilka godzin drogi.- poradził młody kanclerz.
Córka Tókikiego wydawała się jakby nieobecna, a w jej oczach widoczne były przejęcie i niepewność. Asó wzrokiem ofukał Imaó, że sam powinien podać dziewczynie jedzenie. Bez zbędnych rozmyślań wyjął kilka spłaszczonych przez siodło pierożków z nadzieniem brzoskwiniowym.
- Nie chcę- odsunęła się Paló. –Jakie macie co do mnie plany, skoro muszę z wami jechać do stolicy?
-Musimy tam dotrzeć jeszcze dziś w nocy. Tam będziesz bezpieczna, to jedyny powód.- powiedział Imaó. Dobrze jednak wiedział, że jest ważniejszy powód- musiał ubiec matkę w jej planach aranżowania małżeństwa z córką Kisy. – Co do pierożków, może są trochę zniekształcone, ale proszę, spróbuj chociaż jednego.
- Nie jestem głodna.- odparła stanowczo.
-Panienka musi zjeść, bo jeszcze zemdleje w drodze. Po takich przeżyciach trzeba bezwzględnie się posilić.- apele służki odbijały się jak groch o ścianę.
- Ona ma rację, jeśli nic nie zjesz, będzie z tobą źle. Musimy się śpieszyć. Ja wolę być torturowany przez Kisę z pełnym brzuchem.- próbował być zabawny Asó i chciał sięgnąć po pierożka. Paló jednak się przekonała i szybko zabrała go z torebki Imaó.
-Dobrze już, tylko nie marudźcie więcej!- krzyknęła z grymasem. Kanclerz mimowolnie się uśmiechnął.
Po chwili wszyscy ruszyli w dalszą drogę. Po drodze mijali liczne mokradła i grzęzawiska, którymi upstrzona była prowincja Zāisāmhó. Wylegiwały się na nich stada bydła i kóz, a w powietrzu unosił się specyficzna woń złożona z  zapachu ukwieconych łąk, leśnych moczarów i krowich nieczystości. Starali się omijać wszystkie wioski , by nie być rozpoznanym przez nikogo, choć i tak była tu na to mała szansa. W końcu cała czwórka dotarła na wybrzeże. Po chwili oczekiwania Imaó zapłacił kilkoma złotymi monetami przewoźnikami, by dopłynął barką na północ wyspy, na której mieściła się stolica. Zdumiony starszy jegomość ubrany w obdarte łachmany z nieskrywaną radością przyjął zapłatę.

 Po niecałej godzinie wysiedli na północnym brzegu wyspy Shikiôk-sók. Okolica była zadrzewiona, gałęzie brzóz  falowały na wietrze, a ptaki śpiewały dźwięcznie. Kanclerz był zdeterminowany, by dotrzeć do miasta jak najszybciej. Wiedział dobrze, co się stanie, jeśli się spóźni. Asó dostrzegł w oddali żołnierzy rządowych, których rozpoznał natychmiast z racji czerwonych pióropuszów dowódców. Początkowo zamierzał powierzyć im ochronę szwagra, lecz Imaó stanowczo zaprotestował. Pragnął pozostać niezauważonym aż do samej stolicy, więc cała czwórka popędziła konno przed siebie. Synem Shiri targały wątpliwości- co tak naprawdę jego matka ma zyskać na jego ślubie z córką generała Kisy? Rozmyślał też nad tym, jak i czy jego potencjalny teść zamierza rozprawić się z siłami wrogiego wojskowego w miasteczku.
 
Siedziba rządu w stolicy
W Sali Narad- przestronnym jasnym pomieszczeniu ozdobionym złotymi i szkarłatnymi roślinnymi motywami, odbywała się żywiołowa dyskusja rządowych oficjeli.

-Uważam za stanowczo zbyt łagodną pobłażliwość Pani Wewnętrznego Pawilonu wobec Kisy!- odrzekł jeden z urzędników.
-Zgadzam się, Yamao, naszym zadaniem jest odpór wrogim rządowi siłom.-zadeklarował sędziwy urzędnik resortu wojny.
-Jednakże musimy pamiętać, że pokój kruchy jest niczym skrzydła motyla, niczym papierowy domek, który upada z jednym podmuchem wiatru.-odpowiadał dygnitarz z ministerstwa do spraw dworskich.
-Nie może być zgody na potajemne knowania za naszymi plecami. Chili, Sócuk, wiedzcie, że matka Jego Ekscelencji chciałaby widzieć nas słabymi, podzielonymi i błądzącymi we mgle.-skwitował młody urzędnik ministerstwa sądów i trybunałów.
Nagle inkrustowane perłami mosiężne drzwi sali otworzyły się z hukiem.
-Idzie Jej Dostojność Pani Wewnętrznego Pawilonu!- zawołał sługa i pokornie się schylił.
Shiri weszła do pomieszczenia pewnym krokiem, a w jej oczach można było dostrzec pewność siebie i przebiegłość. Na jej widok wszyscy członkowie rządu, nie wyłączając Naókiego ,ubrani w oficjalne ciemnozielone szaty, pokłonili się przed kobietą.
- Możecie usiąść.- zaczęła Shiri.- Z racji nieobecności Jego Ekscelencji dziś ja poprowadzę oficjalne obrady Gaohó.- arystokratka spoczęła na zdobionym czerwonym krześle kanclerskim. -Dzisiaj zajmiemy się, zgodnie z apelacjami ministrów wojny oraz ludu, sprawami rozbrojenia buntowniczych rodów, powodzią w prowincji Menkó i przede wszystkim małżeństwem mego syna.

Imaó popędzał konia, jak tylko mógł. Gra była warta świeczki. Podróżował incognito, co jednak teraz mogło mu zaszkodzić. Paló miała coraz bardziej przerażoną minę. Obawiała się o swego ojca, bardziej niż o siebie, mimo iż nie wiedziała, do czego jest potrzebna w tej grze kanclerzowi.
-Patrz, gdzie jedziesz, głupcze!- krzyknął na Imaó starszy poganiacz gęsi.
-Nie masz oczu, młokosie?- z wyrzutem odparła przekupka.
Kanclerz nagle zauważył zwiadowców rodu Wibi. Poznał sługi wrogiego wojskowego po charakterystycznych symbolach rodu- kwiecie lilii. Nie mógł stracić ich z oczu.
- Dogonię ich z drugiej strony.-krzyknął Asó i popędził w inną alejkę. Gdy jechał przez warzywne stragany, zszokowany dostrzegł strzałę lecącą w jego kierunku. Niemal drasnęła go w policzek, lecz zdawała się trafić do celu, jakim był dach, z niesamowitą precyzją. Zawierała zwój papieru, a w nim wiadomość: „Przy Bramie Białej Klaczy”. Asó nawet chwilę nie wątpił, kto jest gotów im pomóc.
Kanclerz z irytacją obserwował zwiększającą się liczbę szpiegów Kisy w miarę zbliżania się do siedziby rządu. Letnie słońce oświetlało mu twarz, a kropelki potu spływały na czoło. Córka Tókikiego nie była mniej zszokowana.
-Kim są ci ludzie?-zapytała.
-Nie wiem. – skłamał Imaó.
-Jeśli wiesz, Panie, powiedzże proszę.-odparła zdecydowanie. Młodzieniec westchnął.
-To ludzie Kisy. Bez cienia wątpliwości. Musimy udać się do rezydencji rządowych i to jak najszybciej. Jeśli oni szykują zamach stanu, trudno będzie się przebić.
Entuzjazm żołnierzy generała, zbierających się w przebraniach tragarzy przy Placu Niebiańskiej Harmonii, szybko ostudził niespodziewany manewr gwardii rządowej.
-W imieniu canchūna Naókiego, zostajecie zatrzymani! Złóżcie broń, albo nie zostanie z was strzęp mięsa!- krzyknął młody dowódca z długim kucykiem.
Dowodzący szpiegami mężczyzna, o surowych rysach twarzy i lekkim zaroście, chciał chwycić za miecz, jednak uznał, że nie ma szans i gestem nakazał odwrót. Obserwujący to z oddali Imaó odetchnął z ulgą.
-Dzięki ci, kuzynie.- wyszeptał.

-… dlatego sądzę, iż ta kwestia …- Shiri przerwała urzędnikowi w pół zdania.
-Sądzę, moi ministrowie, że wasz upór nie przysparza wam cnót. Pomyślcie o pokoju i harmonii, a jednocześnie trzymaniu Kisy na dystans, z dala od spraw narodowych.- argumentowała. – Mój syn oddalił się, a przypominam, że to ja wciąż mam pieczę nad czynami kanclerskimi i dysponuję pieczęcią Gaohó.-uniosła ową pieczęć z władczym spojrzeniem.-
-Ależ Pani, decyzje owego stopnia bez udziału kanclerza…
- Niecierpliwość mnie irytuje, jednakże w tej sytuacji uważam, iż jednogłośnie zdecydowaliśmy o małżeństwie mego syna z córką generała. Kiedyś mi jeszcze za to podziękujecie.  Jestem, co przyznaję z bólem, zmuszona do szybkiej decyzji. Tymczasem kanclerz jest…
Niespodziewanie drzwi ponownie z impetem się otworzyły.
-Tymczasem kanclerz jest tu i żąda wyjaśnień. – krzyknął, wchodząc zdecydowanym krokiem Imaó.
-Pani- zwrócił się do matki. -Informuję, iż w obecności Rady Stanu przedstawiam wybrankę Kanclerza Rządu Cesarskiego. Podjąłem decyzję suwerenną i ostateczną.
Shiri, widząc, co się dzieje, zaniemówiła.
-------------
I od teraz los związał ze sobą naszą parę. Jak myślicie, czy Imaó prędko zyska akceptację Paló? Co Shiri zrobi w obliczu upadku jej planu "miękkiego coup d'etat"? I czy wiedziała o szpiegach Kisy? C.D.N


Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[*] Poprzednia strona

Nie udało się pochwalić
Pochwalanie...
Idź do wersji pełnej