Twórczość w użyciu > Opowiadania

Ślimaki

<< < (2/2)

Hapana Mtu:
Mieszkanie w krainie, gdzie świt trwa dłużej niż dzień, ma sporo zalet, myślał sobie Aeouaa sunąc ścieżką wśród łąki. Jak każda dżdżownica bardzo lubił dotyk porannej rosy. I w ogóle wilgotną ziemię. Żałował tylko, że nie może zakopać się w ściółkę, ale wtedy zabrudził by liść, a to byłoby niedopuszczalne uchybienie. Z trawy obok ścieżka dobiegł go komunikat. "Jedzenie. Trawienie." mówił niamniam. Po chwili coś głośno gdaknęło i w jego bok z głośnym piskiem wbiło się jakieś stworzenie. "A, ratunku, potwór! Wielki potwór! Dopadł mnie! Chce mnie zjeść!" "Oaooa?" spytał ze zdziwieniem Aeouaa. Stworzenie na chwilę przestało się szamotać, odwróciło dziób w jego stronę. Bez wątpienia był to Doro Kokkoda "No tak, znowu ty..." rzekł Aeouaa "Co tutaj robisz?". "Goni mnie wielki stwór, co ja gdaczę, potwór, ale olbrzymi, olbrzymiasty jak pół znajnika! Jak drzewo!" Doro Kokkoda wymachiwał skrzydłami "Jadłem sobie właśnie roba... znaczy te, no, nasiona, o!, kiedy to stworzysko na mnie wyskoczło i zaczęło..." "Uspokój się" mruknął Aeouaa "to tylko niamniam." "Niamniam, niamniam! To nie mógł być niamniam! To było ogromne, i tak się na mnie rzuciło..." gdakał tamten coraz bardziej zaaferowany, podskakując i wiercąc się. "To był niamniam. I najwyraźniej właśnie zajada twoje gówno" stwierdził dżdżownica i wskazał cielskiem w stronę, skąd wcześniej wyczuł niamniama. Znajka obrócił wzrok we wskazane miejsce. "A, rzeczywiście, niamniam. Jaki malutki, hi hi..." Aeouaa naprężył się i zaczął mozolnie sunąć w dalszą drogę. Po chwili - zgodnie z jego przypuszczeniami - pierzasta kula na dwóch nogach dogoniła go i znów zaczęła terkotać. "Daroro Doda, nie zostawiaj mnie samego, zaczekaj na mnie! Dokąd tak pełzniesz?" "Mam list do doręczenia." "List? Ja mogę go doręczyć za ciebie, mi go daj! Jestem szybszy, szybko go zaniosę!" "Nie" odparł dżdżownica "ty nawet adresu własnego gniazda nie pamiętasz. Nie powierzę ci takiego odpowiedzialnego zadania." "Co? Ja nie pamiętam adresu własnego gniazda?! Pamiętam, po prostu nie chce mi się tam siedzieć! Nie jestem nieznajką!" "A czym niby?" "Niedoznajką!" "A zrobić ci test wiersza?" "A zrób!" Aeouaa cały czas sunął do przodu, a Doro Kokkoda biegł tuż obok. "W porządku" rzucił pierścienica i zaczął recytować:
dostał kwadrat nogi, ręki
poszedł w las
 tam dopadły go stęk-kwęki
rychło w czas
 połamały cztery boki
pej-jam-ciach
 teraz kwadrat jest szeroki
tak jak BACH
"Teraz to powtórz." "A powtórzę!" gdaknął dumnie Doro Kokkoda. "Kwadrat złamał na stęk-męki... w lesie... i... teraz cienki... Ej, oszukujesz, specjalnie dałeś takie trudne słowa!" "Trudne? Toż to najzwyklejsza wyliczanka dla piskląt!" zaśmiał się dżdżownica "Jasne, wyliczanka! A skąd tam takie trudne słowa, jak trójkąt i inne nazwy liczb!?" "Nie trójkąt, tylko kwadrat. Poza tym ty chyba nigdy nie słyszałeś prawdziwego wiersza. Wiersz rozziewicy jest przynajmniej dwa razy dłuższy od niej samej!"

----------------------
Objaśnienia
Jak łatwo zauważyć, bohaterowie mają problem natury fonetycznej z wzajemnym wypowiadaniem swoich imion, stąd formy Oaooa i Daroro Doda. Fragment wyliczanki pej-jam-ciach to pokaleczone liczebniki ji jeeme. Taka swoista kalka za polskim ene-due od greckiego ένα δύο (chyba, że źle zgaduję etymologię).

Mônsterior:
Ja się nie chcę mądrzyć, ale "Studenci" duuużo lepsi :)

Noqa:
Grabisz sobie.

Mônsterior:
"Studenci" to postmodernistyczne dzieło popisów literackich i jako takie może zachwycać, ot co!

Hapana Mtu:
 Ciemność ustąpiła znade mnie. Żyję. Znów. Jak zwykle leżałem w pozycji embrionalnej, zwinięty, nagi, tym razem jednak czułem nawokół siebie coś... coś, co obejmowało mnie sobą jakoś tak inaczej... spróbowałem tego dotknąć... liść. Rany boskie, to jest liść ka-pus-ty! Taki sam jak wtedy na początku! A więc w tym świecie kapusta odradza się... mając liście!
 Odruchowo spróbowałem poruszyć rękami, wyczuć je wszystkie... dwie. Teraz kończyny dolne... jedna, druga, trzecia... nie, to już z powrotem ręka... czyli nogi też mam dwie. Skrzydła... ogon...  nie, nie mam. Czułki... macki... nic, ciało nie odpowiada. Szybki ruch ręką na podbrzusze. Tak, wyczuwam, jest tam. Tylko jeden!
 Otwarłem oczy, dopiero po chwili uderzyły mój umysł dwie fale impulsów: najpierw dźwięki, potem obrazy. Nade mną na tle szarawego nieba pochylały się dwie istoty. Przypominały ludzi. Czy tak wyglądają tutaj ludzie? Czy ja też tak wyglądam?
 "Czy jest tu Herbert?" spytałem.
 Zauważyłem, że ci nade mną mieli rogi. I wąsy. Czy ja też mam poroże?
 Rozmawiali w jakimś niepojętym dla mnie języku. Brzmiało to jak hęhęhę-ręręrę-rąrąrą. Najwyraźniej nie zrozumieli mojego pytania. Zmusiłem się, żeby spojrzeć na swoje ręce. Ludzkie. To znaczy takie, jak na początku, w pierwszym świecie. Czyli tamci nie są ludźmi. Ich skóra ma inny kolor.
 "Jestem Józef" przedstawiłem się. "Józef" rzekłem jeszcze raz, mając nadzieję, że teraz zrozumieją przynajmniej to, że "Józef" to dla mnie bardzo ważne słowo. Moje imię! Jedyny majątek, jaki wolno mi wziąć z sobą w podróż do kolejnych światów. "Józef" wyszeptałem znów.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[*] Poprzednia strona

Nie udało się pochwalić
Pochwalanie...
Idź do wersji pełnej